niedziela, 28 grudnia 2014

Moje charmsy w ramach akcji Biżuteryjki dla WOŚP 2015


Nie mogłabym... nie wziąć udziału w czwartej już, akcji Biżuteryjek i Biżuteryjków z całej Polski w tak zacnym przedsięwzięciu jakim jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. W poprzednim roku zebraliśmy niebagatelną kwotę 45121,02 zł, a ile przy tym było zapału przy projektach i tworzeniu oraz emocji podczas licytacji - tego nie da się opisać słowami!

W tym roku miałam ogólnie bardzo mało czasu, więc zgłosiłam się tylko do projektu "Bransoletki z charmsami" i wybrałam dwie bransoletki, dla których stworzyłam charmsy. Charms, czyli zawieszka to nieduży element, który przyczepia się do podstawy bransoletki. W każdej bransoletce, które projektowaliśmy, jest osiem charmsów, każdy zrobiony przez inną osobę w technice, w której dana osoba czuje się najlepiej :)

Na początek przedstawię Wam dwa charmsy które zrobiłam dla Orkiestry..

Pierwszy powstał do bransoletki o nazwie "Mała czarna". Zawieszkę wykonałam w pracochłonnej technice wire-wrapping, czyli oplatania drutu grubszego cieńszym drucikiem, nadając całości kształt. Wyplotłam kształt serca i z cieniuteńkich srebrnych drucików stworzyłam na jego brzegu delikatną koronkę, uzupełnioną drobniutkimi kuleczkami naturalnego, czarnego onyksu. W centrum zawieszki wstawiłam maleńki srebrny kwiatek.. miało być kobieco i delikatnie :)
Drugi charms wyplotłam do bransoletki "Światło księżyca". Nazwa bransoletki miała sugerować kamień, który biżuteryjki mogły użyć do swoich zawieszek. Dla mnie od razu było oczywiste, że będzie to labradoryt, który uwielbiam za skromność - na pierwszy rzut oka jest zwyczajnie szary, ale i za ukryte w nim możliwości - pod odpowiednim kątem padania światła rozbłyska niezwykłym kolorem i blaskiem! Uwielbiam ten niesamowity kamień!
Serduszko swoje wyplotłam ze srebrnego drutu w tej samej technice, co poprzednie serce: wire-wrapping i ozdobiłam je wrzecionem naturalnego, opalizującego na niebiesko labradorytu, który wygląda jak kropla księżycowego blasku :) Drobne kuleczki tego samego minerału uwięziłam w srebrnych oplotach tworząc delikatne grono.

A tak wyglądają oba moje serduszka dla WOŚP 2015:




Niedługo pojawią się aukcje, gdzie będzie można licytować te i inne bransoletki oraz inne przepiękne rzeczy, o których więcej można przeczytać na blogu naszej akcji:


oraz na facebooku:

niedziela, 21 grudnia 2014

Jak zostałam Mikołajką...

O tych kolczykach muszę Wam napisać, a wypadałoby i o kilku innych, ale to myślę, że już niedługo :)

Jak w poprzednim, tak i w tym roku zdarzyła mi się wspaniała biżuteryjna zabawa wymiankowa, związana ze Świętami Bożego Narodzenia i zmienienie się na chwilę w pomocnicę Św. Mikołaja.. Taka wymianka polega na tym, że zbiera się grono osób, wśród nich losuje się osobę, której robi się prezent i jej wysyła. Samemu też się od kogoś dostaje, do końca nie wiadomo od kogo, więc zabawę mają wszyscy, którzy uczestniczą, ponieważ każdy zgaduje ze zdjęć, kto zrobił biżuterię dla danej osoby.

W tym roku zebrało się nas, głównie tworzących biżuterię, ale nie tylko - równo 80 osób. Zadaniem mojej biżuteryjki-Mikołajki było wykonanie biżuterii w moich ulubionych kolorach, czyli połączenie niebieskiego, turkusowego, żywej zieleni i fioletów. Kolory morskie, burzowego nieba..

Mikołajka Ania, czyli Mosca wykonała dla mnie przepiękne kolczyki wrzosowo-miętowe w których zakochałam się od pierwszego spojrzenia.. Wykonane zostały w technice haftu koralikowego z połączeniem z shibori, czyli malowanym jedwabiem.. Prawda, że są zachwycające? Dla mnie są :)
Bardzo Aniu dziękuję!

Zwróćcie uwagę na pudełko w które zapakowane zostały te kolczyki,
kolorystycznie wspaniale dobrane do kolczyków z pięknym kobiecym motywem..

[zdjęcie Mosca, autorki tej pięknej pracy]

Moim natomiast zadaniem, jako Mikołajki, było stworzenie kolczyków na sztyftach w kolorach, zacytuję: "czarny, ciemnoczerwony, ciemnozielony, szarość, ale nie wszystkie naraz ;)"

Wymyśliłam więc, że kolczyki wykonam z przepięknego, zielonego jadeitu, którego sznur ostatnio kupiłam. Z jadeitu powstały gronka schodzące w dół z koronki wyplatanej srebrem. W punkcie centralnym na dole umieściłam kroplę fasetowanego, czarnego onyksu. Całość ozdobiłam srebrem wyplatając i wykręcając delikatny wzór z drutu, w technice wire-wrapping. Pomiędzy wyginany motyw wplotłam małą kuleczkę onyksu..

Kolczyki zrobiłam dla Violetty Krygier i miałam ogromną radość z ich tworzenia i chyba jeszcze większą z wysłania ich i obserwowania reakcji na nie :) Bardzo się cieszę, że się spodobały :)

Kolczyki Omszałe
jadeit, onyks, srebro oksydowane



poniedziałek, 29 września 2014

Blue Curacao

Od dawna jestem zauroczona kryształami Swarovskiego w kolorze Bermuda Blue. Było już wcześniej kilka wariacji w tym kolorze, a ostatnio powstał właśnie taki komplet: naszyjnik oraz kolczyki - w kolorach morskiej toni dotykającej błękitnego nieba :)


Komplet naszyjnik i kolczyki Blue Curacao
Swarovski, srebro



czwartek, 7 sierpnia 2014

Wymianka, czyli co ma wspólnego labradoryt i lawa

Podczas któregoś wspólnego, warsztatowego spotkania twórczego JOLINKA pokazała mi przepiękny, połyskujący na jej dłoni, kamień labradorytu o niebieskiej iryzacji... i nieśmiało zapytała, czy mogłabym go dla niej oprawić w technice wire-wrappingu. Kamień był w dość nietypowym kształcie jak na tę technikę, ponieważ został dostosowany raczej do stałej oprawy, a nie do wykonania na nim ażurowego oplecenia, ale nie byłabym sobą, gdybym się nie podjęła wyzwania :) Zwłaszcza dla fajnej koleżanki :)

Ten niesamowity kamień miał prostokątną podstawę, był wysoki, wypukły i wygładzony, co doskonale uwydatniało jego niebieski efekt labradoryzacji. Od razu podjęłam decyzję, że będę dążyć do tego, aby jak najmniej przykrywać jego blask i oplecenie nie może dominować. Wystarczy tylko takie, które utrzyma kamień w oplocie. Warto było pokombinować, bo widziałam, nie tylko w oczach Jolinki, że moja praca się spodobała :) 

Labradoryt w Oplocie
labradoryty, srebro oksydowane




Muszę przyznać, że do wykonania wisiora miałam też niezłą siłę napędową, ponieważ umówiłyśmy się, że w zamian dostanę pierścionek, którego projekt Jolinka kiedyś wymyśliła.. a który mi się baaardzo podobał i nie mogłam od niego wzroku oderwać, gdy go miałam w zasięgu wzroku. A muszę powiedzieć, że Jolinka łatwego zadania nie miała, bo marzył mi się pierścień z efektem gorącej lawy wulkanicznej widocznej spod czarnej, spękanej skały...  Pierścionek mam, jest bardzo 'lawowy' i jest cudny! Dziękuję!
Zobaczcie co wymyśliła dla mnie Jolinka:

Pierścionek od Jolinki - Lawa



środa, 16 lipca 2014

Kolejne przygody Emila Żądło w książce "Cień Gejszy" Anny Klejzerowicz

Po przeczytaniu "Sądu Ostatecznego" szybko zabrałam się za czytanie drugiego tomu cyklu "Emil Żądło" - "Cień Gejszy" autorstwa Anny Klejzerowicz. Już w pierwszym tomie cyklu polubiłam głównego bohatera, ciekawie nakreśloną postać znanego, gdańskiego dziennikarza o przeszłości policjanta, który tym razem zostaje wplątany w intrygę związaną z drzeworytami japońskimi. A zaczyna się od tego, że ktoś zwraca na siebie uwagę podszywając się w Internecie pod Emila Żądło. Dziennikarz zaczyna drążyć temat i okazuje się, że z historią związane są tajemnicze morderstwa, kolejno giną osoby związane poniekąd z drzeworytami, są też włamania, strach, piękna acz burzliwa miłość  i wielka zagadka, co te wszystkie zdarzenia tak naprawdę łączy ze sobą. Śledztwo trwa równolegle z zaprzyjaźnioną policją, Emil razem ze swoją dziewczyną próbują zagłębić się w temat Japonii początków XX wieku oraz japońskich znaczków.

[zdjęcia okładek wydania z 2011 roku i 2014 roku ze strony wydawnictwa Replika]

Bardzo podoba mi się część poznawcza książki: jak powstają drzeworyty, co to tak naprawdę jest, jak trudne jest pismo japońskie i jak wiele ma odmian. Okazuje się, że autorka wplątała w rzeczywistą historię Japonii prawdziwe postacie, drzeworyty z przepiękną gejszą istnieją i są jak najbardziej prawdziwe i podobno są tak piękne, jak opisane zostały w książce.. 

Książkę czyta się przyjemnie i szybko. Trochę za szybko, proszę autorkę, która pisze kolejną część cyklu, o dłuuuugą kontynuację :) Trzeci tom ma zostać wydany w 2015 roku i ma mieć tytuł "Dom Naszej Pani". Już nie mogę się doczekać!

niedziela, 13 lipca 2014

Anna Klejzerowicz "Sąd Ostateczny"

"Sąd Ostateczny" Anny Klejzerowicz zwrócił na siebie mą uwagę tym, że akcja dzieje się w Polsce. I bardzo dobrze, bo okazuje się, że polskie kryminały wcale nie są gorsze od zagranicznych. A ten czytało mi się nadspodziewanie dobrze.
[zdjęcie okładki  ze strony wydawnictwa Replika]

Akcja dzieje się w Trójmieście i jest z nim nierozerwalnie związana: ludźmi, historią, zabytkami i pewnym słynnym, tytułowym tryptykiem, znajdującym się w Muzeum Narodowym: Sądem Ostatecznym autorstwa Hansa Memlinga. Uwielbiam książki które prowokują do poznania, zwłaszcza w nienarzucający się sposób i odkąd przyjrzałam się dziełu, opisowi i kilku interpretacjom, wcale się nie dziwię, że obraz niderlandzkiego malarza Memlinga stał się inspiracją autorki do napisania kryminału. 
"Sąd Ostateczny" stał się również siłą napędową zabójcy, którego cele i myśli stara się rozwiązać Emil Żądło, były policjant, bieżący dziennikarz, próbujący wymyślić ciekawy temat do gazet i poskładać swoje życie. Emil Żądło wplątuje się w zawiłości śledztwa, próbując rozgryźć razem z policją tajemnicę tryptyku, brutalnych morderstw, nagich, poskręcanych ciał i zabójcy. Podczas czytania poznajemy również złego bohatera, możemy śledzić jego niektóre myśli i odczucia, ale w żaden sposób nie wiadomo, kto jest tym zabójcą. 

Bardzo dawno nie czytałam polskiego kryminału i jestem mile zaskoczona tym, że bardzo wciągnął i zainteresował mnie dziejącą się akcją, dobrze określonymi bohaterami, odrobiną historii i w rezultacie rozwiązaniem. "Sąd Ostateczny" Anny Klejzerowicz jest pierwszym tomem cyklu kryminałów z Emilem Żądło jako głównym bohaterem. Książka na tyle dobra, że od razu zabieram się za drugi tom - "Cień gejszy".

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Dzień Publicznego Dziergania 2014

Jestem strasznie do tyłu ze wszystkim, ale niedługo będę miała więcej czasu.. Chciałam tylko napomknąć o fajnej akcji, jaką jest Międzynarodowy Publiczny Dzień Dziergania, który również w tym roku świętowałam ze swoimi znajomymi w centrum Białegostoku :) 

Dzień ten promuje rękodzieło, niekoniecznie tylko prace na drutach, chociaż te są chyba najbardziej wygodne podczas publicznych spotkań. Promuje też to, żeby ludzie nie wstydzili się swoich pasji i dzielili się nimi z innymi. Podobało mi się, że podczas naszego spotkania ludzie podchodzili do nas i pytali, co takiego robimy, albo zaglądali nieśmiało przez ramię i uśmiechali się :)

Pogoda niezbyt dopasowała, bo było dość zimno i gorąca herbata z pomarańczami, maliną i goździkami cieszyła się niesłabnącym wzięciem.. Ale spotkanie nasze wspominam bardzo ciepło :))

A oto, co od jakiegoś czasu próbuję udziergać w bardzo rzadkich, wolnych chwilach:


Będzie z tego komin na jesień/zimę - pewnie akurat zdążę ;) - robiony metodą Entrelac z włóczki Delight Drops nr 09 w kolorach turkus, fiolet ciemny, zieleń i granat. Fajny będzie?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Zamojszczyzna: Zamość miasto renesansowe

Zamość zwany Perłą Północy, Padwą Wschodu i Miastem Arkad, prawdopodobnie jako jedyne miasto w Rzeczypospolitej został zbudowany z inicjatywy Jana Zamoyskiego od podstaw, bez uprzedniej zabudowy, na całkowicie nowym terenie. Miałam ostatnio okazję przejść się jego ulicami...

Zamość, stara Brama Lwowska

Oglądanie Zamościa zaczęliśmy od przejścia starą Bramą Lwowską do nadszańca, części fortyfikacji otaczającej centrum Zamościa, a dokładniej od bastionu VII. Fortyfikacje powstały na przełomie XVI i XVII wieku na zlecenie Jana Zamoyskiego. Budowa fortecy związana była z założeniem miasta. Zarówno fortyfikacje, jak i miasto zostały zaprojektowane przez włoskiego architekta Bernardo Morando, o którym przewodnik wspominał prawie na każdym rogu ulicy.. Morando miał tu jednak faktycznie swój ogromny wkład, bo nie dość, że zdecydował o lokalizacji Zamościa, dzięki czemu miasto leżało na skrzyżowaniu dwóch ważnych szlaków handlowych, to jeszcze opracował plany budowy i zbudował najważniejsze budynki miasta: bramy, pałac, kolegiatę, śliczny ratusz, arsenał, fortyfikacje obronne itd. Jan Zamoyski oczywiście wszystko to finansował. Niegdysiejsze ;) bogactwo niektórych osób nieco obezwładnia - weź sobie i zbuduj teraz całe miasto..

Zamość, bastion VII
Idąc więc od ulicy Partyzantów (zobacz mapę starego miasta na Wikipedii) przez starą Bramę Lwowską skierowaliśmy się w stronę fortyfikacji, budynku z czerwonej cegły. Cała twierdza po różnych przebudowach uzyskała ostatecznie kształt siedmioboku z 7 bastionami na narożach. Do dzisiaj pozostał tylko bastion VII. Wewnątrz obejrzeliśmy kilka dział, ćwierćkartaunę, pięknie zdobioną półkartaunę, stroje żołnierskie i nadszaniec, czyli wysoki wał wewnątrz dzieła fortyfikacyjnego sypany do wglądu na przedpole oraz do ustawiania dział. Pomiędzy półkolistymi przejściami, wewnątrz znajdują się stoiska handlowe, co może nieco gasić wyobraźnię niektórych turystów chcących 'zobaczyć' siebie jako obrońców w walce z Kozakami lub wojskami szwedzkimi w XVII w.. ;)

Przeszliśmy się następnie ulicą Grodzką przy której stoi dom Marka Grechuty, z upamiętniającą ten fakt wielką tablicą informacyjną. Warto wejść w bramę i zajrzeć na tyły budynku. Zachwyciło mnie to niewielkie, niezwykle klimatyczne podwórko pięknie wkomponowane pomiędzy budynki, zielone, z ławeczkami do odpoczynku, latarenkami, gruchającymi gołębiami i atmosferą przytulności. To właśnie to miejsce sprawiło, że polubiłam Zamość i poczułam jego atmosferę.

Zamość, podwórko na tyłach domu Grechuty i "dzikie wino" :)

"Bo w mym domu rośnie pnącze,
okno z drzwiami mi się plącze,
bo w mym domu dzikie wino,
kto je tutaj siał?
"
 (fragm. "W dzikie wino zaplątani")

Do Rynku Wielkiego już niedaleko.. tutaj pojawia się duży plac otoczony malowniczymi, niedużymi kamienicami. Uwagę zwracają zwłaszcza bogato zdobione kamienice ormiańskie, stojące na prawo od ratusza. Są przepiękne i nie mogłam oderwać wzroku od ozdobionych płaskorzeźb, fryzów, ornamentów oraz attyk (górnych elementów budynku w postaci ścianek, balustrad lub wieżyczek osłaniających dach i pełniących funkcje przeciwpożarowe). Na rynku głównym budynkiem jest bardzo paradny ratusz z charakterystycznymi szerokimi, wachlarzowymi schodami i 52-metrową wieżą zegarową.

Zamość, kamieniczki ormiańskie
Zielona to kamienica Wilczkowska, powstała dla rodziny Wilczków. Bogato ozdobiona fryzami (pasami ozdobnymi) i płaskorzeźbami z dwóch stron z przodu i z boku, muszelkami, herbem, świętymi i aniołkami.
Ciemnożółta to kamienica Rudomiczowska, najmniej zdobiona, ale wyróżnia się od innych najwyższymi attykami.
Czerwona - kamienica Pod Aniołem, Pod Lwami lub Bartoszewiczów. Bogato ozdobiona płaskorzeźbami smoka i lwów, postacią Archanioła Gabriela i głowami aniołków oraz ozdobami roślinnymi.

Zamość, kamieniczki ormiańskie
Niebieska kamienica ma nazwę Pod Małżeństwem lub Szafirowa. Ma dwa pasy fryzu z orientalnymi zdobieniami, górny roślinny taki "na bogato". Jedna nazwa wzięła się od koloru budynku, druga od dwóch postaci kobiety i mężczyzny, rzeźb umieszczonych pomiędzy oknami drugiego piętra.

Zamość, kamieniczka ormiańska
Kamienica Pod Madonną lub Sołtanowska z połowy XVII wieku, zbudowana na miejscu drewnianej. Różnokolorowe dekoracje oraz płaskorzeźba z Madonną z dzieciątkiem depczącą smoka, na górze widać nisze zakończone muszelkami.
Przepiękna, jednak chyba często zasłaniana przez różne sceny i reklamy, które również stały, gdy tam byłam i trudno było zrobić zdjęcie..

Zamość, ratusz ze słynnymi wachlarzowymi schodami

Z rynku, wzdłuż ormiańskich kamienic skierowaliśmy się na ul. Bazyliańską i Pereca i docieramy do synagogi. Jest to najlepiej zachowana późnorenesansowa synagoga w Polsce z XVII wieku. Murowany budynek synagogi wzniesiono na planie kwadratu, w stylu późnego renesansu. Po dobudowaniu babińców, czyli części synagogi przeznaczonej dla kobiet, plan przybrał formę prostokąta. Podczas II wojny światowej Niemcy urządzili tu warsztaty stolarskie, potem była tu Biblioteka Miejska. Synagoga jest częściowo odrestaurowana i mieści się tu muzeum. Mnie zachwyciły śliczne okratowania okien babińca, a uwagę zwracają też grzebieniaste attyki (to na górze budynku ;)) osłaniające dach.

Zamość, synagoga - widok z boku, akurat na babiniec. Z boku widać nieodremontowaną część.

Zamość, synagoga - przepiękne okratowanie okien babińca

Idąc dalej ul. Pereca doszliśmy do Rynku Solnego, który leży niedaleko Wielkiego Rynku i na którym handlowano kiedyś solą sprowadzaną z Rusi i Wieliczki. Ładnie tu wyglądają kamienice z podcieniami, czyli z przejściami wzdłuż ścian zakończonych na całej długości filarami, pod którymi teraz chodzą przechodnie, a kiedyś stawiano kramiki. Gdzieś tutaj jest też wejście do podziemnej trasy turystycznej, otwartej od 2011 r. 
Do podziemi nie schodzę, natomiast idę wzdłuż ulicy Solnej i wchodzę do Parku Miejskiego, obok małej niebieskiej fontanny i budynku o nazwie 'Kropla mleka'. Nazwa ta, jak potem wyjaśnia przewodnik, wywodzi się od tego, że przed wojną w urządzonej w tym budynku przychodni wydawano mleko dla chorych dzieci. 

Przechodząc przez zadbany park zatrzymujemy się na chwilę przy starej Bramie Lubelskiej, którą zamurowano swego czasu, żeby nikt, oprócz ówczesnego króla Polski Stefana Batorego tamtędy potem nie przeszedł. Brama Lubelska sprawia wrażenie dziwnie osadzonej w części muru, zabudowanej od dołu, pośrodku zaś jest fragment mostu. Zdjęcia niestety nie zrobiłam... tak samo, jak pałacu Zamoyskich, który stoi niedaleko Katedry Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła. Pałac sprawia wrażenie nieco zaniedbanego i dawno nie odnawianego. Okazuje się, że był to jeden z pierwszych budynków, jaki zaczęto budować w mieście, a po późniejszych wielu przebudowach dzisiaj nie wygląda zbyt okazale. Na bliższe poznanie nie było już czasu, zajrzeliśmy jeszcze tylko do katedry i przeszliśmy Rynkiem Wodnym i ulicą Żeromskiego aż do starej Bramy Lwowskiej kończąc poznawanie Zamościa.

Zamość, ulica Grodzka, która idąc od bastionu VII do zamku, przecina całe Stare Miasto
stając się jego "kręgosłupem". Głową jest pałac na końcu tej uliczki - widać fragment białego budynku.
Przed pałacem stoi pomnik Jana Zamoyskiego.

Miasto pozostawiło w mojej pamięci bardzo pozytywne wrażenie, widać, że stare budynki są odnawiane, albo ich odnawianie jest w planach. To nieduże miasto, ale ma potencjał. Chętnie tu jeszcze kiedyś wrócę przejść się niespiesznie urokliwymi uliczkami, zajrzeć i odpocząć na jednym z klimatycznych podwórek. I w południe posłuchać zamoyskiego hymnu na Wielkim Rynku..

piątek, 6 czerwca 2014

Czas na wyprawę: Karlova Studanka i karczma w Rejviz

Wracając spod Pradziada zahaczyliśmy o śliczną, czeską miejscowość uzdrowiskową o nazwie Karlova Studánka, leżącą na wschodnim zboczu Pradziada. Miejscowość ta charakteryzuje się najczystszym powietrzem w Europie Środkowej. Jest to piękne miejsce do wypoczynku, nabrania sił i podreperowania zdrowia. Kiedyś była tu osada górnicza, w której wydobywano rudy żelaza, teraz przyjeżdżają tu osoby z problemami górnych dróg oddechowych, po leczeniu onkologicznym, z nadciśnieniem i problemami ze stawami.

Karlova Studánka, jeden z ośrodków uzdrowiska
Słuchając przewodnika przespacerowaliśmy się powoli po tym uzdrowisku, a zaczęliśmy od podziwiania sztucznie utworzonego wodospadu, zasilanego wodą z Białej Opawy, zbierającego również wodę ze zboczy i drobnych źródeł. Może i został wytworzony rękoma ludzkimi, ale wygląda malowniczo, woda spadając kaskadami nawilża powietrze wokół, szum wody działa kojąco.. mówiłam już, że uwielbiam wodospady? Nie? To mówię teraz :) Uwielbiam je!

Karlova Studánka, wodospad
Przeszliśmy obok szumiącego wodospadu parkiem, wzdłuż domów uzdrowiskowych, potoku i dotarliśmy do pijalni wody. Mały budynek, po czesku: Pitny Pavilon, do którego można wejść i napić się węglanowej wody mineralnej typu wodorowęglanowo-wapiennego z wysoką zawartością kwasu krzemowego i żelaza. Dla mnie woda smakowała, i co dziwniejsze, była jakby naturalnie, bardzo lekko gazowana. Nabrałam jej do butelki na drogę. Po drodze widziałam piękny budynek, w którym mieści się uzdrowiskowa pływalnia. Na zewnątrz wygląda jak drewniana 'chata', natomiast w środku było bardzo ekskluzywnie i nowocześnie. Karlova Studánka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie!

Karlova Studánka, pitny pavilon po czesku, a po polsku pijalnia wody,
bardzo klimatyczny budyneczek

Karlova Studánka, pomiędzy domkami uzdrowiska
piękne otoczenie, spokój, cisza i wspaniałe, czyste powietrze.

Karlova Studánka. W tym pięknym budynku jest basen, można pójść na kąpiele zdrowotne, masaże,
proponowany jest cały system wellness, czyli usług związanych z dobrym zdrowiem, poprawą samopoczucia, aktywnością fizyczną. Jest też restauracja :)

Wracając do naszego hotelu zajrzeliśmy jeszcze do Rejviz, miejscowości w której jest osiemnastowieczna karczma. Gospoda posiada izbę, w której zachowało się wiele rzeźbionych elementów wystroju dawnej karczmy. Charakterystyczne tu są rzeźbione oparcia krzeseł. Na pomysł rzeźbionych krzeseł wpadło na początku XX w. dwóch braci, właścicieli karczmy. Otóż każdy stale przychodzący do karczmy gość miał swoje krzesło z własną, karykaturalną podobizną na oparciu. Jeżeli przychodził do karczmy to zawsze miał prawo do siedzenia na swoim krześle. Oparcia krzeseł są zabawne, niemniej bardzo sympatyczne. Podobno świetnie odwzorowywały nie tylko wygląd, ale również charakter danej osoby! Dzisiaj karczma również oferuje posiłki. Mogliśmy coś zjeść i wypić siedząc na rzeźbionych krzesłach, ponieważ właściciel gospody kontynuuje tradycję i tworzone są nowe krzesła :) Polecam w tej knajpie zamówić gorące maliny z bitą śmietaną. Pyszne!

Karczma w Rejviz

Karczma w Rejviz

Karczma w Rejviz

środa, 4 czerwca 2014

Czas na wyprawę: Wejście na Pradziada

Kolejny dzień i nowa przygoda :) Tym razem zdobywam jeden ze szczytów...

Następnego dnia naszym celem było wejście na górę Pradziad. Góra Pradziad to najwyższy szczyt o wysokości 1492 m n.p.m. w paśmie górskim Wysokiego Jasionika, najwyższy szczyt Śląska Czeskiego i całego Górnego Śląska, najwyższa góra Moraw, a zarazem najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich oraz szósty w całym paśmie Sudetów. Długa lista 'naj' i robi wrażenie :)

Trochę obawialiśmy się tego podejścia, ponieważ inną grupę, która wchodziła na Pradziada wczoraj, złapała niezła śnieżyca. Pomimo tego wszyscy wczoraj weszli i zeszli (trójkami, tak było ślisko..) okazało się że nie jest tak źle, ponieważ wszyscy z tamtej wycieczki wrócili bardzo zadowoleni i uśmiechnięci! Bogatsza w ich doświadczenie ubrałam się w podkoszulkę, bluzkę, polar cienki, polar gruby, wiatrówkę i w zanadrzu miałam jeszcze płaszcz przeciwdeszczowy.. na nogach oczywiście grubsze jeansy i buty trekkingowe.. może to nie był najbardziej profesjonalny strój, ale poczułam się w miarę odpowiednio ubrana ;) jak na możliwości w danej chwili...

Ruszyliśmy busem z naszego hotelu w kierunku Pradziada, który znajduje się po czeskiej stronie gór. W planach mieliśmy podjechać do miejscowości Karlova Studanka i z parkingu przy Ovczarni mieliśmy iść pieszo, jednak przewodnik ze względu na jako-taką pogodę zmienił zdanie i podjechaliśmy aż pod schronisko Barborkę. Za Karlovą Studanką w stronę Barborki jedzie się w dość specyficzny sposób, ponieważ jest tam ruch wahadłowy (czes. kivadlo). Pod górę jedzie się o pełnej godzinie, natomiast w połowie godziny następuje zmiana i przez kolejne pół godziny zjeżdża się z góry. Jeśli się nie zdąży, to się czeka aż godzinę na swoją kolej! Wjazd trwa jakieś 20 minut, więc tak naprawdę ma się tylko około 10 pierwszych minut na wjazd...

Podjeżdżając w górę zauważyliśmy głęboko wbite na poboczu drewniane drągi, wysokie na jakieś ok. 2 i pół do trzech metrów. Okazało się, że są one bardzo pomocne zimą przy znajdowaniu drogi. Gdy spadnie śnieg i nic nie widać, to po tych drągach odśnieżarka wie, gdzie jest droga :)

Podjechaliśmy dość burżujsko pod schronisko Barborka (na wysokość 1320 m n.p.m.) i stamtąd pieszo, bardzo ekskluzywną, asfaltową drogą zaczęliśmy wędrówkę pod górę. Pogoda była o tyle dobra, że nie padało, ale też nie było słońca... Widoczność kiepska, a im wyżej wspinaliśmy się, tym większa była mgła i w rezultacie widać było tylko tyle, co w promieniu około 30-50 metrów. Żałowałam trochę, bo okolica, jak się potem okazało na zdjęciach, jest przecudna! Szliśmy więc drogą w górę, na poboczu leżało coraz więcej brył lodu, po bokach majaczyły we mgle na początku drzewa lasu świerkowego, potem coraz więcej krzewów, niskich jałowców i kosodrzewin. Było cicho, spokojnie, przed nami przetaczała się śmietankowa mgła. Dosłownie było widać, jak się przesuwa. Ogromną zaletą było niesamowicie czyste powietrze, malutkim minusem natomiast ogromna wilgoć, która osiadała na włosach i ubraniu drobnymi kropelkami wody..
Schronisko Barborka

Pierwszy etap trasy, niedużo śnieżnych kul, na poboczu śniegu nie ma.. jeszcze :)
Na trasie, drogowskaz - do przejścia jeszcze jeden kilometr pod górę
śnieżne kule coraz większe
Już po pierwszych kilkudziesięciu krokach było mi za gorąco :) Poubierana jak na ciężką zimę, zaczęłam zdejmować wierzchnie okrycia i rozpinać się myśląc sobie, że chyba jednak przesadziłam... ale nie na długo! Ponieważ jak wiadomo, im wyżej się wchodzi, tym robi się chłodniej, tu też ta reguła zadziałała, a jeszcze w pewnym momencie zaczęło porządnie wiać i przestawiać mgłę.. dobrze, że nie nas ;) W każdym bądź razie po jakichś 2 kilometrach pod górę stwierdziłam otulając się i zaciągając kaptur, że absolutnie nie przesadziłam, tylko doskonale się przygotowałam na tę wędrówkę :)

Coraz więcej śniegu leży po bokach i śmietankowa mgła :)
jest też coraz zimniej i bardziej wietrznie
Schronisko Pradziad na szczycie...  jak się potem okazało na zdjęciach przy ładnej pogodzie,
nad kopułą jest wysoka wieża telewizyjna o wysokości 145,5 m, której w ogóle nie było widać...
Już na szczycie, a tu rzut okiem za siebie. Okazuje się, że przyszliśmy znikąd ;)
Po prawej figurka Pradziada witającego przybyłych pod schronisko.
Zanim się obejrzałam okazało się że jestem tuż przed schroniskiem na szczycie. W samą porę, bo wiało już nieźle.. Koniec trasy zauważyłam wtedy, gdy stanęłam nos w nos z rzeźbą Pradziada :) Z tą różnicą, że ja byłam bardziej 'okutana' w ubrania ;))) Schronisko było ledwo widoczne zza mgły, która była tu bardzo gęsta, i o ile na zewnątrz było wietrznie, bardzo mglisto i wilgotno, to po wejściu do środka poczułam się, jakbym weszła do domu - ciepło, sucho, spokojnie i  bardzo przyjemnie :D Uwielbiam schroniska! Sercem każdego schroniska jest miejsce, gdzie można usiąść w cieple, zjeść i wypić coś ciepłego, dlatego też od razu pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji, gdzie za pożyczone korony czeskie kupiliśmy gorącą herbatę na dwuosobową spółkę ;) W takich przypadkach dobrze jest jednak mieć nieco drobnych w kieszeni w lokalnej walucie lub dobrych znajomych z takimi drobnymi ;))
Siedząc przy ogromnym, parującym kubku odpoczywaliśmy i słuchaliśmy przedniej kapeli, która wesoło grała w jednym z kątów restauracji, skocznie okraszając muzykę czeskimi przyśpiewkami. Grali naprawdę świetnie, sami się przy tym nieźle bawili i zebrali niezłe oklaski od rozgrzanych przyjazną atmosferą gości schroniska.

Pokrzepieni gorącą herbatą oraz odpoczynkiem zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Zejście na dół trwało dużo krócej niż wejście, i te 3 km drogi szybko minęły. Na dole w schronisku Barborka czekał na nas obiad: gorące, chrupiące frytki, zapiekany ser oraz grzane wino :)

W trasie

Niedaleko schroniska Barborka.

Niedaleko schroniska Barborka.

... A na Pradziada muszę jeszcze kiedyś wejść, ale już przy lepszej pogodzie tak, żeby wszystko obejrzeć po drodze! Zwłaszcza spadające kaskady wody na Szlaku Doliny Wodospadów..