Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy - moje podróżowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy - moje podróżowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 maja 2017

Wyjazd do Grodna (Białoruś)

W związku ze zniesieniem wiz do Białorusi dla Polaków, którzy chcą zwiedzić Kanał Augustowski, Grodno oraz najbliższe okolice, skorzystałam z okazji i wraz ze znajomymi wybraliśmy się na jeden dzień do Grodna. Załadowaliśmy się do niewielkiego busika na kilkanaście osób i około godziny 7 rano z Białegostoku wyruszyliśmy na przejście graniczne w Kuźnicy, za Sokółką. Pociągiem bez wizy do Grodna się nie wjedzie, natomiast na Białoruś, oprócz busa lub samochodu, na zasadzie bezwizowego wjazdu można również dostać się samolotem na lotnisko w Mińsku i stamtąd podróżować po Białorusi do 5 dni (od lutego 2017 roku).

Wjeżdżając na teren Białorusi samochodem lub busem mamy dość ograniczony teren do poruszania się. Możemy pojechać do Grodna i okolic, można też przejechać najkrótszą drogą do przejścia na Litwę, żeby skrócić czas przejazdu. Więcej informacji na stronie: grodnovisafree.by.
Aby przekroczyć granicę trzeba mieć 3 dokumenty: ważny paszport, wykupione ubezpieczenie medyczne i dokument uprawniający cudzoziemców do zwiedzania parku “Kanał Augustowski" (około 60 zł) , który można kupić w białoruskim biurze turystycznym lub wykupić w polskim biurze podróży, pośredniczącym w kontakcie z białoruskimi operatorami turystycznymi.

Grodno, Plac Sowiecki, na budynku napis "Kocham Cię, Białoruś!"
Z Białegostoku do Grodna jest około 85 km i jedzie się blisko 1,5 godziny, nie wliczając oczekiwania na przejściu granicznym. Mieliśmy to nieszczęście, że nie zgadzała się jakaś cyferka na dokumentach organizatora po stronie białoruskiej i zanim wszystko wyjaśniono minęły 2 godziny. Ale szczęśliwie, po cierpliwym oczekiwaniu jedziemy dalej. Na początku mamy mały przystanek przy Hotelu Niemen przy ul. Stefana Batorego 8, ponieważ obok niego po lewej, jest sklep spożywczy, a w samym jego środku, za kasami jest kantor. Miejsce dość zaskakujące, bo trzeba wiedzieć, żeby tam trafić. Wymieniam 15 amerykańskich dolarów na ruble białoruskie, żeby mieć na drobne wydatki, takie jak obiad i ew. małe zakupy. Okazuje się, że tyle mi gotówki wystarczyło do końca dnia, bo za dodatkowe zakupy płaciłam potem kartą płatniczą. Średni kurs białoruskiego rubla BYN, pod koniec kwietnia 2017: 1 BYN = 2,11 PLN, 1 USD = 1.87 BYN.

Kierowca naszego busika staje na postoju niedaleko ul. Wielka Troicka, a my ul. Dominikańską przechodzimy na deptak ulicy Sowieckiej, wyłożony starymi płytkami brukowymi. Niedaleko znajduje się bardzo nastrojowa kawiarenka "Raskosza", czyli Rozkosz (Кафе Раскоша). Kawę w tym miejscu podają naprawdę smaczną, warto zajrzeć do środka. Przed kawiarenką stoją kramiki z twórczością ludową. Po pokrzepieniu się "rozkoszną" kawą jedziemy dalej, do muzeum Elizy Orzeszkowej.

Grodno, ulica Sowiecka na przecięciu z Dominikańską
Grodno, Kafejka Raskosza, ul. Sowiecka 7
bardzo nastrojowe miejsce
Grodno, Plac Lenina i jego pomnik
Po drodze mamy ul. Dzierżyńskiego i plac Lenina. Jego pomnik stojący centralnie na placu dumnie pręży pierś, w tle gmach miejskiego Komitetu Wykonawczego. Skręcamy w ul. Elizy Orzeszkowej i stajemy przed Muzeum Elizy Orzeszkowej. Muzeum i czytelnia, znajduje się w XVIII-wiecznym domu, który był własnością drugiego męża Orzeszkowej, adwokata Stanisława Nahorskiego. Pisarka mieszkała w nim od 1894 aż do swojej śmierci w 1910. Zwiedzamy dwa pokoiki, w których Eliza Orzeszkowa pisała swoje dzieła, oglądamy obrazy przez nią stworzone z ziół i kwiatów, które ona sama zbierała, suszyła i układała. Słuchając opowieści przewodniczki o życiu pisarki oglądamy fotografie, rękopisy i obrazy, przenosząc się w czasy XIX i początki XX wieku.

Grodno, Muzeum Elizy Orzeszkowej,
biurko przy którym autorka pisała swoje dzieła


Eliza Orzeszkowa z domu Pawłowska urodziła się we wsi obwodu Grodzieńskiego w bogatej rodzinie, gdy miała 3 latka zmarł jej ojciec, a jej matka zajmowała się nią dość oschle. Uczyła się w Warszawie, gdzie zaprzyjaźniła się z Marią Wasiłowską, potem Konopnicką. W młodym wieku wydana za starszego o 16 lat Piotra Orzeszkę nie znalazła z nim wspólnego języka, on natomiast małżeństwo traktował jako poprawienie swojej sytuacji finansowej, bo swoje pieniądze roztrwonił będąc kawalerem. Orzeszkowa od zawsze pomagała ludziom, organizowała naukę i pomagała potrzebującym, co się jej mężowi nie podobało. Gdy jej mąż został zesłany na Sybir, Orzeszkowa nie pojechała za nim, od dawna nie czując wspólnego z nim życia, wystąpiła o unieważnienie małżeństwa, potem sprzedała swoją posiadłość rodzinną, osiadła w Grodnie i zaczęła pisać. Wyszła też po raz drugi za mąż. Przez ostatnie kilkanaście lat swego życia mieszkała w tym domu, w którym teraz jest muzeum. Pomagała grodzeńszczanom, którzy tłumnie zwracali się do niej o pomoc, zwłaszcza po wielkim pożarze miasta. Nie odmawiała, przeznaczając na nią swój własny majątek. Pomagała i pisała powieści o ludziach, których spotykała. W muzeum są jej książki w wielu językach świata, jednak z tego, co słyszałam, bardzo trudno opiekunom jest pozyskać nowe pozycje.

Przewodniczka opowiadała o domu i jego otoczeniu. Na koniec zajrzałam na tyły muzeum, gdzie jest ganek, na którym Eliza Orzeszkowa chętnie odpoczywała od zgiełku i hałasu, panującym od strony ulicy. Jak zajrzałam, to akurat odpoczywał tam jakiś bardzo z siebie zadowolony sierściuch Mruczek :)

Obok muzeum jest budynek z oryginalną ozdobą na ścianie. Po drugiej stronie ulicy Lenina stoi Sobór Opieki Matki Bożej (Свято-Покровский кафедральный собор) zwany też Soborem Pokrowskim. To prawosławna świątynia z 1907 roku, wzniesiona ku czci żołnierzy rosyjskich poległych w wojnie rosyjsko-japońskiej.

Grodno, komunistyczna myśl artystyczna na budynku, przy ul. Lenina

Grodno, prawosławny Sobór Pokrowski
Po muzeum jedziemy do Kołoży, gdzie znajduje się Cerkiew Św. Borysa i Gleba, najstarsza cerkiew prawosławna w Grodnie, jedna z najstarszych zachowanych w Europie północnej. Pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1138 roku. Ta niewielka, bardzo charakterystyczna cerkiewka zbudowana została z cegieł i kamieni, zdobiona krzyżami ceramicznymi, widać zupełnie inny styl budowy, niż w ostatnich stuleciach. Niespotykana architektura, szczególne wnętrze. Moją uwagę zwróciły otwory w  ścianach, okazało się, że były one specjalnie robione dla efektów akustycznych chórów cerkiewnych. Cerkiew stoi w pięknym miejscu, na niewielkim wzniesieniu, tuż nad rzeką Niemen.

Grodno, Cerkiew Św. Borysa i Gleba z 1138 roku

Grodno, Cerkiew Św. Borysa i Gleba z 1138 roku
na cegłach można znaleźć znaki, ale nie wiadomo, dlaczego niektóre cegły były tak oznaczane
znaki wyglądają jak wypukłe pieczęcie
Również nad Niemnem, rzędem z Kołożą stoi Stary i Nowy Zamek Królewski. Parkujemy na parkingu przy Wielkiej Synagodze (ul. Wielka Troicka) i idziemy do zamków. Budowę Starego Zamku zaczęto w 1398 roku. Murowany zamek gotycki miał pięć baszt, które były połączone murami o grubości 3 metrów. Do dzisiaj zachowały się jedynie fragmenty murów, a podczas prac wykopaliskowych znajduje się wiele różnych przedmiotów. Stary Zamek był w XV wieku główną rezydencją królewską, w XVII wieku odbywał się w nim co trzeci sejm zwyczajny Rzeczypospolitej.

Nowy Zamek powstał w XVIII wieku, kiedy stary został zniszczony i coraz bardziej podupadał, aż ostatecznie zniszczył go pożar. Nowy Zamek zbudowano na sąsiednim wzgórzu. Kompleks zamkowy zbudowany był na planie podkowy, z ozdobną bramą wjazdową. Pałac pełnił funkcję rezydencji królewskiej oraz miejsca odbywania Sejmów generalnych w okresie I Rzeczypospolitej. To w tym zamku, podczas ostatniego sejmu Rzeczypospolitej w 1793 roku, został podpisany traktat II rozbioru Polski.

Grodno, Stary Zamek, widok z ul. Wielka Troicka
Grodno, brama Starego Zamku, jedyna ocalała, oryginalna i najstarsza część
do wglądu zostawiono część cegieł i kamieni, na których widać poszczególne etapy rozbudowy,
kamienie - część najstarsza, potem cegły jakichś zaprzeszłych władców (nie zapamiętałam których :)),
żółte cegły to dobudówka wojsk sowieckich.

Grodno, Nowy Zamek, gdzie podpisano II rozbiór Polski,
na górze wjazdowej bramy (tu nie widać) umieszczone są oryginalne sfinksy,
podobno mają twarze któregoś władcy i jego małżonki, ale jak dla mnie, to były bardzo podobne do siebie ;)
 
Grodno, przy ul. Wielka Troicka stoi wieża pożarnicza, zabytkowy obiekt z ciekawym malowidłem
Nie wiem, kogo przedstawiają pozostałe osoby, ale artysta miał oryginalną wizję, 
bo kobieta którą widzicie po prawej stronie malowidła ma twarz Mona Lisy.

Grodno, Katedra Jezuitów św. Franciszka Ksawerego przy Placu Sowieckim,
na zdjęciu wieżyczka z zegarem, mającym jeden z największych, mechaniczny zegar o najstarszym blacie,
do jego konserwacji zapraszano specjalistę ze Stanów Zjednoczonych.


 
Grodno Pierwsze zdjęcie to ulica Sowiecka, deptak przy którym jest mnóstwo sklepów, banków i kafejek Drugie zdjęcie powstało, gdy weszłam w jakąś małą boczną uliczkę  i za jednym z wejść zobaczyłam delikatny w formie i oryginalny mural. Warto czasem zboczyć ;)

Spod obu zamków idziemy ulicą Zamkową na bardzo przestrzenny Plac Sowiecki, oglądając górującą nad nim Katedrę Jezuitów, zegar słoneczny, ogromny napis "Kocham Cię Białoruś" i Kamienicę Murawiewa. Spacerem po deptaku na ulicy, jakżeby inaczej: Sowieckiej, wybieramy z licznych tu kafejek, knajp i restauracji jedno miejsce, żeby spróbować regionalnych potraw.
Zaglądamy do restauracji Semafor, gdzie po zaproszeniu do osobnego pomieszczenia siadamy wygodnie, a ja zamawiam słynną zupę soliankę oraz garnuszek gorących pielmieni z wołowiną i śmietaną.. ale to było pyszne! Pozostałe osoby zamówiły podobnie i też smakowało. Chciałam jeszcze spróbować czebureki, ale już nie było na nie miejsca. Następnym razem :)

Grodno, podane w Semaforze solianka (zupa) i w garnuszku pielmieni ze śmietaną i suszoną wołowiną.. 
mmm!

Grodno to ciekawe miasto, spokojne i bardzo czyste. Jeśli chodzi o czystość to może być wzorem dla każdego zachodniego miasta Europy. Aż dziw bierze, że tak blisko wschodniej granicy z Polską, jest tak ogromna aglomeracja, której się prawie w ogóle nie zna...

czwartek, 23 czerwca 2016

Czas na wędrówkę... podziemną, czyli kopalnia Guido w Zabrzu

Dawno nie byłam na południu Polski i tylko jak miałam możliwość, spakowałam swoje rzeczy i z grupą fajnych osób pojechałam w rejony Beskidu Śląskiego. Forma tego wyjazdu była częściowo ograniczona, ponieważ miałam tylko dwa dni, a wycieczki z których skorzystałam były organizowane dla większej grupy osób i po prostu skorzystałam z pewnego rodzaju komfortu, że nic nie muszę, tylko poddać się fali dobrej organizacji i po prostu dobrze się bawić :)

Żeby dojechać na miejsce w rozsądnej porze i nie stracić dnia musiałam wstać około 4:00 nad ranem. Nie lubię tak wcześnie, ale jak mus... O 5:16, siedząc wygodnie w najnowszym nabytku PKP odjeżdżaliśmy ze stacji, a ja z lekkim zdziwieniem stwierdziłam, że nowym pociągiem jedzie się całkiem przyjemnie. Co prawda w pociągach Pesa Dart, w wagonach nie ma przedziałów, co sprawia, że czasem jest dość hałaśliwie, ale za to cieszą drobiazgi typu chowany haczyk do powieszenia plecaka/torebki, czyste toalety, wygodne siedzenia z miejscem na nogi i regulowane podnóżki. W Warszawie krótka podróż metrem i dalsza droga już Pendolino... cel Bielsko Biała. Różnica Pendolino z Dart'em jest taka, że w cenie biletu jest kawa (rozpuszczalna niestety), herbata lub woda do picia. Standard bardzo podobny, nie ma tylko tego haczyka na plecak :) i wagon jakby dłuższy (czytaj: więcej hałasu). Za to w obu nie czuje się prędkości.


Na miejscu byliśmy kilkanaście minut po 12, a za kolejną godzinę otwieraliśmy drzwi do pokoju, w Hotelu Meta w Szczyrku. No powiem Wam, prawdziwe luksusy, bo o ile ze strony hotelu przywitało mnie podwójne łoże z baldachimem, całe dla mnie!, to ze strony organizatorów wyjazdu, na stole czekały na nas przepyszne domowej produkcji ciasta i takiej też produkcji naleweczka z aronii...

Hotel Meta i jeden z pokojów z wygodnym łożem z baldachimem,
pojemną szafą, która pomieściła nie tylko szpilki i sukienki,
ale również buty traperskie do wędrówek po górach 

Zaczęłam się rozpisywać o drodze, pominę zatem odpoczynek w części SPA tego hotelu, jacuzzi i saunach, które uwielbiam oraz bardzo uroczystą kolację w Gospodzie Polskiej z występem tańców góralskich i przyśpiewek, prawdziwą biesiadę z przepyszną kwaśnicą na żeberku z pieczarkami, 'Golonko Soplicą rumienione', kotlecikami "Kapsy Juhasa" nadziewanymi serem i pieczarkami, pysznymi oscypkami na gorąco itp... frykasami. Wspomnę tylko, że stoły udekorowane chustami góralskimi w żywych kolorach i drewniana chata restauracyjna kryta strzechą, dopełniły uroczystości.

Ozdoba stołu biesiadnego po góralsku: wspaniała, kolorowa chusta (!)
oraz wesołe, zabarwione przaśnością wierszyki.
Z tyłu tego wierszyka było całe menu, które mieliśmy do dyspozycji...
Kwaśnica i golonka były genialne! Oscypki również!
Tak się tym najadłam, że reszty nie dałam rady już spróbować, ale goście mówili, że przepyszne.
Teraz żałuję, że nie spróbowałam.... ech...

Normalnej wielkości sanki podwieszone u sufitu były jednym
z elementów wystroju Gospody Polskiej w Szczyrku


Dzień kolejny, czyli czas na wędrówkę... ale tym razem wędrowałam 320 metrów pod ziemią...
Szlak Zabytków Techniki Województwa Śląskiego biegnie między innymi przez Zabrze, a wśród wielu obiektów na tym szlaku warto zobaczyć Zabytkową Kopalnię Węgla Kamiennego Guido, do której skierowaliśmy swoje kroki.
"Guido" to unikatowa na skalę europejską kopalnia, założona około 160 lat temu, która po zakończeniu eksploatacji pełniła funkcję węzła odwadniającego i kopalni eksperymentalnej. W dzisiejszych czasach to jedyna kopalnia węgla kamiennego, do której można zjechać i przekonać się na własne oczy i uszy, jak wyglądała i wygląda praca górników pod ziemią. Takiego zabytku ponoć nie ma w całej Europie! I muszę przyznać, że robi wrażenie..

 
Szyb Zabytkowej Kopalni Węgla Kamiennego Guido
wchodziło się w niebieską bramę, i tam za czerwonymi drzwiami była winda, zwana szolą.
Zafascynowały mnie liczne napisy na tym szybie: 
"Jazda ludzi dozwolona", "Zakaz stosowania otwartego ognia", 
"Zakaz zjazdu na dół po spożyciu alkoholu i środków odurzających",
"Uwaga szyb! Zachować się ostrożnie", "Wchodzenie do klatki tylko za zgodą sygnalisty",
"Sygnalisto przed oddaniem sygnałów do jazdy zamknij wrota szybowe",
"Wrota szybowe otwiera i zamyka tylko sygnalista", "Przedział drabinowy drożny",
"Nadawanie sygnałów przez osoby nieupoważnione WZBRONIONE"...
:)

W kopalni do tej pory były do zwiedzania dwa, wzajemnie uzupełniające się poziomy: 170 i 320. Poziom 320 był najgłębiej położoną trasą turystyczną w Europie do zwiedzania, ale z tego, co widzę, niedawno dołożono do atrakcji poziom 355, czyli 355 metrów w dół... a to już zwiedzanie w pełnym ekwipunku i do pobrudzenia, czyli coś, co lubię, więc następnym razem :)

A tym razem, na dzień dobry, każdy z grupy dostał po gustownym, czerwonym kasku i po krótkim wprowadzeniu historycznym przeszliśmy do szybu, oryginalnej prawdziwej szoli (czyli windy), którą to górnicy wiele lat temu zjeżdżali 320 metrów pod ziemię, do pracy.

W Kopalni Węgla Kamiennego Guido, upadowa i transport węgla

Na dole jest około 16 st. C. i w kopalni jest świeże powietrze, tylko w niektórych korytarzach przewodnicy uruchamiają pompy aby dostarczyć powietrze zwiedzającym.

Niesamowitą atrakcją tego poziomu jest nie tylko to, że poznaje się warunki w jakich pracowali i pracują górnicy, ale też to, że prawie każda maszyna jest przez przewodnika uruchamiana i pokazywane są jej możliwości.. Co prawda końcówkami maszyn nie dotykał przewodnik czarnych ścian... ale na moje głupie pytanie "dlaczego" ;) dostałam odpowiedź, że momentalnie bylibyśmy zasypani ciemnym pyłem :) A maszyny oglądaliśmy wszelakie, od historycznych do współczesnych, na których pracuje się teraz w innych kopalniach. Muszę przyznać, że nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy z tego, jaka to ciężka i niebezpieczna praca, gdy w ciemnych korytarzach, w pyle i ogromnym hałasie, jaki generują te wszystkie maszyny, górnicy musieli pracować po 12 godzin...
A przewodnik tłumaczy wszystko, łącznie z tym, dlaczego zabroniono pracy pod ziemią "3K", czyli koniom, kobietom i... kanarkom!

Zabytkowa Kopalnia Węgla Kamiennego Guido
Ściana z obudową drewnianą "Łopatowa"

W kopalni widzieliśmy wszelkie "myśli" techniczne od początków górnictwa do najnowszych czasów, poznaliśmy sposoby zabezpieczeń ścian, jak wyglądało porozumiewanie się na odległość, jak transportowano węgiel, jak badano obecność różnych gazów.. Zwiedzanie trwało 2 godziny, była możliwość podejścia do miejsc, gdzie się wydobywało węgiel, często schylając głowę, więc kaski nie raz spełniły swoją rolę. Rozbawił mnie w pewnym momencie przewodnik, który czekał na grupę przechodzącą niskim i ciasnym przejściem między balami i liczył stuknięcia kaskami o drewniany strop :).

Zabytkowa Kopalnia Węgla Kamiennego Guido
... węgiel, po prostu węgiel :) ...

Ciemności lekko rozświetlone dla turystów, pył pod nogami, tory kolejek wzdłuż korytarzy, ogromne, dziwaczne w kształcie maszyny górnicze, bardzo głośno pracujące, taśmy z przesuwającymi się kamieniami - to wszystko tworzy niesamowitą atmosferę i jeszcze większy szacunek do pracy w takich warunkach. Pamiętajcie więc żeby, jeśli będziecie kiedy w kopalni, każdego napotkanego pod ziemią górnika pozdrowić tradycyjnym „Szczęść Boże”.

W Kopalni Węgla Kamiennego Guido
Kombajn chodnikowy AM 50, zwany popularnie Alpiną oraz elektryczna kolejka podwieszana, 
którą 'pędziliśmy' korytarzami kopalni

Kończąc zwiedzanie warto wstąpić do Strefy K8, gdzie znajduje się najgłębiej położony pub w Europie. W Można tu kupić lub posmakować oryginalnego, specjalnie warzonego dla kopalni piwa o nazwie "Guido" z lokalnego browaru. Niepasteryzowane, odpowiednio schłodzone, o ciekawym aromacie i smaku. To ciemne jest wyśmienite!

Po wyjechaniu na powierzchnię taką samą szolą jak na początku, oddaliśmy kaski i pognaliśmy do ... Katowic.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Średniowieczny zamek biskupów krakowskich w Iłży

Na fali ostatnich sierpniowych upałów przypomniałam sobie, że tak samo gorąco było rok temu. Będąc wtedy na przełomie lipca i sierpnia w Radomiu próbowałam zorganizować sobie ciekawie weekend. Jednym z pomysłów był krótki wyjazd poza miasto. Pobieżne przejrzenie Internetu skierowało mnie wtedy w stronę Iłży, jakieś 30 km za miastem jadąc w kierunku do Sandomierza.

 

Wyruszyliśmy po godzinie 13, w bardzo upalny dzień, gdy temperatura w cieniu wynosiła około 33 stopnie C. Okna otwarte na tzw. naturalną klimatyzację ;) wiatr rozwiewał włosy.. Zamku nie da się przeoczyć, znajduje się we wschodniej części miasteczka, na wzgórzu i jest doskonale widoczny. Po drodze, będąc już w Iłży i szukając miejsca na postój, nie zatrzymałam się na przesłonecznionym, betonowym parkingu, ale skręciłam przed zamkiem w prawo i prawie od razu w lewo, w boczną uliczkę, przed którą był mało widoczny drogowskaz brązowy na szarym tle z napisem 'wejście na zamek'. Był genialnie niewidoczny... ale udało się go dojrzeć i wjechać w to miejsce, co prawda po nawróceniu.. czyli za drugim razem :) Parking malutki pod murem, ale za to całkowicie w cieniu. Obok dwie drogi: łatwa i bardziej stroma. Wybraliśmy stromą, na którą wchodzi się pod murowaną bramą i okazało się, że wybierając trudniejszą wybraliśmy dobrze. Bo to jedyna droga z tej strony do zamku. Idzie się lasem, na początku stromo, ale za to szybko. Przed wejściem opłata za bilet, który kosztuje 8 zł dla dorosłej osoby. Byłam zdziwiona, ponieważ szukając informacji w Internecie nie znalazłam żadnych o opłatach za wejście. Sprzedający wyjaśnił, że opłata ma iść na przywrócenie zamku do lepszego stanu, sprzed wojny.. 
No, okej.

 

Zamek ten to w zasadzie ruiny z odrestaurowaną wieżą, na której jest punkt widokowy. Zeszliśmy z zadrzewionej alejki pod mury wieży, żeby obejść ruiny i powyobrażać życie jakie tu było przed wiekami...

Ruiny te były kiedyś potężnym zamkiem biskupów krakowskich. Pierwsza wzmianka w dokumentach o zamku w Iłży pochodzi z roku 1334. W XVI wieku gruntownie przebudowano zamek, który stał się piękną renesansową rezydencją otoczoną fortyfikacjami bastionowymi. Dawne przedzamcze zamienione zostało w zamek dolny. Zamek górny stanowiła wieża, brama, budynki mieszkalne i studnia na niewielkim dziedzińcu.



Studni nie zauważyłam, natomiast w pozostałościach budynków mieszkalnych znalazłam wnękę w kształcie kominka :) Skacząc lub przechodząc po murach zastanawiały mnie wszędobylskie osty, rosnące tam chyba wszędzie, gdzie się dało. W pewnym momencie mieliśmy zwyczajnie dość upalnego słońca, bo o tej porze bardzo trudno było o kawałek cienia. Zeszliśmy do piwnic.. szczerze mówiąc, pomimo ciekawych ruin, to chciało się w tych chłodnych piwnicach zostać dłuuugo :)

  

Zamek podobno był przepięknie udekorowany wewnątrz i na zewnątrz. Nad całością wciąż góruje wieża - praktycznie jedyna pozostałość starej średniowiecznej warowni. Wieża jest wysoka, cylindryczna, z charakterystycznym mlecznym zadaszeniem w formie dużego parasola. Na górze znajduje się punkt widokowy, za wejście na który, o zgrozo, znów trzeba było zapłacić. Tym razem 2 zł. Za darmo można wejść do połowy wieży i stamtąd roztacza się bardzo satysfakcjonująca panorama Iławy, widać pracujące w oddali wiatraki prądotwórcze. Widać również niedalekie jezioro. Mnie wystarczył ten widok. Poza tym zachwyciły mnie wąskie schody pomiędzy murem, na murze tym, wśród wydrapanych pozdrowień odwiedzających znalazłam napis z 1908 roku.. Schody zachwyciły mnie również obecnością cienia i chłodniejszego powiewu wiatru na tej wysokości :)



Górny zamek od dolnego oddzielony był fosą, zarośniętą teraz ostami, w dolnym zamku wykopaliska archeologiczne potwierdziły obecność bruku dziedzińcowego, kuchni, spiżarni i stajni. Natrafiono też na kilka śladów pożarów. Najbardziej zniszczony został jednak podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku i rok później przez wojska księcia siedmiogrodzkiego Jerzego Rakoczego. Zamek potem został odrestaurowany, a biskupi krakowscy dbali o niego do roku 1782, w którym to był ostatni raz naprawiany. Potem zamek niszczał, przeistaczał się w ruinę, a z cegieł budowało się pobliskie domy.. W XIX mieszkańcy Iłży uporządkowali kilka komnat i wykorzystywali je do zabaw publicznych. Podczas jednej z nich wybuchł pożar, który zniszczył zachowane jeszcze wtedy portrety właścicieli zamku.  W XX w prace konserwatorskie wstrzymały w jakimś stopniu niszczycielską działalność czasu i ludzi.


Na części zamku dolnego rosną drzewa, a droga pomiędzy kieruje podobno do wygodniejszego zejścia po schodkach, ale z drugiej strony zamku. Nie poszliśmy tam, wróciliśmy tą samą drogą. Zwłaszcza po tym, jak szukaliśmy drogi tej "łatwiejszej" i dotarliśmy na pola kukurydzy ;) Okazuje się, że należy wracać tą samą, stromą drogą, którą wchodziliśmy. Skracać ani szukać wygód tu nie należy.. widziałam ludzi wracających z drogi wygodnej i potulnie idących potem stromym podejściem.. 

Źródła historyczne: http://zamki.res.pl/ilza.htm
Oficjalna strona: http://zamekwilzy.pl/

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Zamojszczyzna: Zamość miasto renesansowe

Zamość zwany Perłą Północy, Padwą Wschodu i Miastem Arkad, prawdopodobnie jako jedyne miasto w Rzeczypospolitej został zbudowany z inicjatywy Jana Zamoyskiego od podstaw, bez uprzedniej zabudowy, na całkowicie nowym terenie. Miałam ostatnio okazję przejść się jego ulicami...

Zamość, stara Brama Lwowska

Oglądanie Zamościa zaczęliśmy od przejścia starą Bramą Lwowską do nadszańca, części fortyfikacji otaczającej centrum Zamościa, a dokładniej od bastionu VII. Fortyfikacje powstały na przełomie XVI i XVII wieku na zlecenie Jana Zamoyskiego. Budowa fortecy związana była z założeniem miasta. Zarówno fortyfikacje, jak i miasto zostały zaprojektowane przez włoskiego architekta Bernardo Morando, o którym przewodnik wspominał prawie na każdym rogu ulicy.. Morando miał tu jednak faktycznie swój ogromny wkład, bo nie dość, że zdecydował o lokalizacji Zamościa, dzięki czemu miasto leżało na skrzyżowaniu dwóch ważnych szlaków handlowych, to jeszcze opracował plany budowy i zbudował najważniejsze budynki miasta: bramy, pałac, kolegiatę, śliczny ratusz, arsenał, fortyfikacje obronne itd. Jan Zamoyski oczywiście wszystko to finansował. Niegdysiejsze ;) bogactwo niektórych osób nieco obezwładnia - weź sobie i zbuduj teraz całe miasto..

Zamość, bastion VII
Idąc więc od ulicy Partyzantów (zobacz mapę starego miasta na Wikipedii) przez starą Bramę Lwowską skierowaliśmy się w stronę fortyfikacji, budynku z czerwonej cegły. Cała twierdza po różnych przebudowach uzyskała ostatecznie kształt siedmioboku z 7 bastionami na narożach. Do dzisiaj pozostał tylko bastion VII. Wewnątrz obejrzeliśmy kilka dział, ćwierćkartaunę, pięknie zdobioną półkartaunę, stroje żołnierskie i nadszaniec, czyli wysoki wał wewnątrz dzieła fortyfikacyjnego sypany do wglądu na przedpole oraz do ustawiania dział. Pomiędzy półkolistymi przejściami, wewnątrz znajdują się stoiska handlowe, co może nieco gasić wyobraźnię niektórych turystów chcących 'zobaczyć' siebie jako obrońców w walce z Kozakami lub wojskami szwedzkimi w XVII w.. ;)

Przeszliśmy się następnie ulicą Grodzką przy której stoi dom Marka Grechuty, z upamiętniającą ten fakt wielką tablicą informacyjną. Warto wejść w bramę i zajrzeć na tyły budynku. Zachwyciło mnie to niewielkie, niezwykle klimatyczne podwórko pięknie wkomponowane pomiędzy budynki, zielone, z ławeczkami do odpoczynku, latarenkami, gruchającymi gołębiami i atmosferą przytulności. To właśnie to miejsce sprawiło, że polubiłam Zamość i poczułam jego atmosferę.

Zamość, podwórko na tyłach domu Grechuty i "dzikie wino" :)

"Bo w mym domu rośnie pnącze,
okno z drzwiami mi się plącze,
bo w mym domu dzikie wino,
kto je tutaj siał?
"
 (fragm. "W dzikie wino zaplątani")

Do Rynku Wielkiego już niedaleko.. tutaj pojawia się duży plac otoczony malowniczymi, niedużymi kamienicami. Uwagę zwracają zwłaszcza bogato zdobione kamienice ormiańskie, stojące na prawo od ratusza. Są przepiękne i nie mogłam oderwać wzroku od ozdobionych płaskorzeźb, fryzów, ornamentów oraz attyk (górnych elementów budynku w postaci ścianek, balustrad lub wieżyczek osłaniających dach i pełniących funkcje przeciwpożarowe). Na rynku głównym budynkiem jest bardzo paradny ratusz z charakterystycznymi szerokimi, wachlarzowymi schodami i 52-metrową wieżą zegarową.

Zamość, kamieniczki ormiańskie
Zielona to kamienica Wilczkowska, powstała dla rodziny Wilczków. Bogato ozdobiona fryzami (pasami ozdobnymi) i płaskorzeźbami z dwóch stron z przodu i z boku, muszelkami, herbem, świętymi i aniołkami.
Ciemnożółta to kamienica Rudomiczowska, najmniej zdobiona, ale wyróżnia się od innych najwyższymi attykami.
Czerwona - kamienica Pod Aniołem, Pod Lwami lub Bartoszewiczów. Bogato ozdobiona płaskorzeźbami smoka i lwów, postacią Archanioła Gabriela i głowami aniołków oraz ozdobami roślinnymi.

Zamość, kamieniczki ormiańskie
Niebieska kamienica ma nazwę Pod Małżeństwem lub Szafirowa. Ma dwa pasy fryzu z orientalnymi zdobieniami, górny roślinny taki "na bogato". Jedna nazwa wzięła się od koloru budynku, druga od dwóch postaci kobiety i mężczyzny, rzeźb umieszczonych pomiędzy oknami drugiego piętra.

Zamość, kamieniczka ormiańska
Kamienica Pod Madonną lub Sołtanowska z połowy XVII wieku, zbudowana na miejscu drewnianej. Różnokolorowe dekoracje oraz płaskorzeźba z Madonną z dzieciątkiem depczącą smoka, na górze widać nisze zakończone muszelkami.
Przepiękna, jednak chyba często zasłaniana przez różne sceny i reklamy, które również stały, gdy tam byłam i trudno było zrobić zdjęcie..

Zamość, ratusz ze słynnymi wachlarzowymi schodami

Z rynku, wzdłuż ormiańskich kamienic skierowaliśmy się na ul. Bazyliańską i Pereca i docieramy do synagogi. Jest to najlepiej zachowana późnorenesansowa synagoga w Polsce z XVII wieku. Murowany budynek synagogi wzniesiono na planie kwadratu, w stylu późnego renesansu. Po dobudowaniu babińców, czyli części synagogi przeznaczonej dla kobiet, plan przybrał formę prostokąta. Podczas II wojny światowej Niemcy urządzili tu warsztaty stolarskie, potem była tu Biblioteka Miejska. Synagoga jest częściowo odrestaurowana i mieści się tu muzeum. Mnie zachwyciły śliczne okratowania okien babińca, a uwagę zwracają też grzebieniaste attyki (to na górze budynku ;)) osłaniające dach.

Zamość, synagoga - widok z boku, akurat na babiniec. Z boku widać nieodremontowaną część.

Zamość, synagoga - przepiękne okratowanie okien babińca

Idąc dalej ul. Pereca doszliśmy do Rynku Solnego, który leży niedaleko Wielkiego Rynku i na którym handlowano kiedyś solą sprowadzaną z Rusi i Wieliczki. Ładnie tu wyglądają kamienice z podcieniami, czyli z przejściami wzdłuż ścian zakończonych na całej długości filarami, pod którymi teraz chodzą przechodnie, a kiedyś stawiano kramiki. Gdzieś tutaj jest też wejście do podziemnej trasy turystycznej, otwartej od 2011 r. 
Do podziemi nie schodzę, natomiast idę wzdłuż ulicy Solnej i wchodzę do Parku Miejskiego, obok małej niebieskiej fontanny i budynku o nazwie 'Kropla mleka'. Nazwa ta, jak potem wyjaśnia przewodnik, wywodzi się od tego, że przed wojną w urządzonej w tym budynku przychodni wydawano mleko dla chorych dzieci. 

Przechodząc przez zadbany park zatrzymujemy się na chwilę przy starej Bramie Lubelskiej, którą zamurowano swego czasu, żeby nikt, oprócz ówczesnego króla Polski Stefana Batorego tamtędy potem nie przeszedł. Brama Lubelska sprawia wrażenie dziwnie osadzonej w części muru, zabudowanej od dołu, pośrodku zaś jest fragment mostu. Zdjęcia niestety nie zrobiłam... tak samo, jak pałacu Zamoyskich, który stoi niedaleko Katedry Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła. Pałac sprawia wrażenie nieco zaniedbanego i dawno nie odnawianego. Okazuje się, że był to jeden z pierwszych budynków, jaki zaczęto budować w mieście, a po późniejszych wielu przebudowach dzisiaj nie wygląda zbyt okazale. Na bliższe poznanie nie było już czasu, zajrzeliśmy jeszcze tylko do katedry i przeszliśmy Rynkiem Wodnym i ulicą Żeromskiego aż do starej Bramy Lwowskiej kończąc poznawanie Zamościa.

Zamość, ulica Grodzka, która idąc od bastionu VII do zamku, przecina całe Stare Miasto
stając się jego "kręgosłupem". Głową jest pałac na końcu tej uliczki - widać fragment białego budynku.
Przed pałacem stoi pomnik Jana Zamoyskiego.

Miasto pozostawiło w mojej pamięci bardzo pozytywne wrażenie, widać, że stare budynki są odnawiane, albo ich odnawianie jest w planach. To nieduże miasto, ale ma potencjał. Chętnie tu jeszcze kiedyś wrócę przejść się niespiesznie urokliwymi uliczkami, zajrzeć i odpocząć na jednym z klimatycznych podwórek. I w południe posłuchać zamoyskiego hymnu na Wielkim Rynku..