poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Renata Kosin "Tatarka"

"Tatarka" Renaty Kosin to piękna opowieść o miłości sprzed ponad stu lat, rodzinnych historiach i tajemnicach pradziadków oraz ich poszukiwaniu. Bardzo lubię tło wydarzeń występujące chyba w każdej z książek Renaty Kosin, sielskość starego domu z otaczającym go ogrodem, pachnącą trawą, kwitami i szumiącymi drzewami. Ciepło, latające pszczoły, domowe konfitury i wszelkie przetwory z użyciem poziomek, kwiatów fiołka i nasturcji rozbudzają nie tylko wyobraźnię, ale również tęsknotę za czasami beztroski, świeżości przyrody, porannych mgieł i rosy oraz zapachu domowego ciasta, przypraw i ziół.

Akcja zaczyna się w Bujanach, gdzie Ksenia, po ciężkich egzaminach i rozterkach miłosnych, spędza swoje wakacje u mamy Leny, opiekującej się starszą, acz dziarską babką Honoratą. Bohaterki, jako ciekawe osobowości, miałam już okazję poznać w książce "Jedwabne rękawiczki" tej samej autorki, tutaj zaś poznajemy dalsze, lecz zupełnie inne losy. Całkiem możliwe, że cała ta historia zaczyna się rozwijać na Juwenaliach Politechniki Białostockiej, gdzie Ksenia poznaje Emira, Tatara, który zaprasza ją na obchody święta Sabantuj w Kruszynianach. Możliwe, że historia zaczęła się jednak w Kruszynianach, gdzie dziewczyna poznaje dziadka Emira, opowiadającego jej o bohaterskich wyczynach tatarskich za czasów Jana III Sobieskiego, a może wtedy, gdy przygląda się ze zdumieniem staremu zdjęciu pewnej kobiety...

Bardzo podoba mi się historia opowiedziana w "Tatarce", sposób przedstawienia i poszukiwań tajemnic historycznych, co do których niekiedy są wątpliwości, czy aby na pewno powinny ujrzeć światło dzienne, czy może lepiej ich nie znać. Podczas opisywanych poszukiwań i towarzyszących temu rozterek, poznajemy też odrobinę kultury tatarskiej na ziemiach podlaskich, ich zwyczaje, przedmioty, którymi się otaczają, wierzenia i kuchnię. Ale nie tylko. Bardzo ucieszył mnie poruszony wątek o gimnastyce słowiańskiej dla kobiet, o której jest coraz głośniej, połączenie słowiańskiego zwyczaju puszczania wianków w Noc Kupały i istniejących na Podlasiu "miejsc mocy". Sielskość małych miejscowości w połączeniu z mieszanką kulturową, wierzeniami i tajemnicami rodzinnymi stanowi w tej książce bardzo ciekawe połączenie i tak naprawdę zatopienie się w lekturze to tylko kwestia przeczytania kilku pierwszych kartek. Potem już trudno oderwać się od tej książki. Moim zdaniem jest znakomita!


/źródło zdjęcia: LubimyCzytac.pl/

sobota, 28 marca 2020

Miłosz Brzeziński "Wy wszyscy moi ja"

Książkę "Wy wszyscy moi ja" Miłosza Brzezińskiego jest mi bardzo trudno ocenić, bo jest jednocześnie ciekawa, ale i.. no właśnie. Bardzo trudno mi się ją czytało, zwłaszcza jakieś pierwsze 200 stron. Potem było już całkiem z górki, jakby autor nauczył się po czasie lepiej i bardziej logicznie wiązać poszczególne sprawy, o których opowiada. Początek zawiera bardzo wiele zbędnych, nic nie wnoszących, pustych zdań, które miałam wrażenie, mają funkcję "zapchajdziury". A zupełnie niepotrzebnie jest wypełnianie książki słowami bez znaczenia, bo mnogość tematów i badań naukowych w niej zawartych, nie potrzebuje tego. Książka jest przez to chaotyczna, autor przeskakuje często w jednym, krótkim akapicie do 4-5 różnych myśli i zagadnień, opisujących, albo i nie, to co było w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu. Czytanie tak skonstruowanego tekstu jest zwyczajnie męczące. Początkowe rozdziały to zebrane najróżniejsze eksperymenty i miałam wrażenie czasem, że na zasadzie copy-paste z oryginalnych badań, bo teksty są pisane różnym stylem i z wszelaką trudnością słów. I o to niedogranie całości mam żal do autora i nie do końca jestem zachwycona tą pozycją.

Pomimo tego, że do książki podchodziłam jak do jeża, to uparłam się na doczytanie jej. Nie żałuję, bo zawiera ogrom bardzo ciekawych eksperymentów i już dla nich samych warto. Oczywiście jeśli ktoś jest gotów na równoległą chaotyczność. Każde opisane badanie może zachęcić do pytań dodatkowych i szukania na nie odpowiedzi we własnym zakresie. Może, ale nie musi. W książce nie ma bibliografii na końcu, wszelkie informacje, tytuły i nazwiska przekazywane są bezpośrednio w tekście.

Czy polecam? I tak i nie. Dlaczego nie, to opisałam wyżej, logiki chaotyczności tej książki nie odkryłam i szczerze mówiąc nawet nie chce mi się nad tym już zastanawiać. Natomiast jeśli jesteś ciekawy/ciekawa, jak otoczenie i inni ludzie wpływają na nas, na nasze działania, na czym powinniśmy się skupić, żeby móc lepiej funkcjonować w naszej rzeczywistości, czy jest możliwe odmłodzenie przez otoczenie, czy słuchając muzyki podczas nauki będziemy lepiej przyswajać wiedzę, jakie robale pomagają i przeszkadzają w życiu i dlaczego nie zawsze wybitny uczeń powinien iść do wybitnej uczelni - na te i wiele, naprawdę wiele innych zagadnień i pytań możesz znaleźć w tej książce odpowiedź. Proponuję się samemu przekonać, czy warto.


wtorek, 17 września 2019

Linus Reichlin "Tęsknota atomów"

Zachęcił mnie tekst na okładce, informujący, że jest to "najlepsza niemieckojęzyczna powieść kryminalna 2009 roku" oraz to, że zapomniałam czytnika na długą podróż pociągiem. To książka z przypadku, ale wszechstronna, bo jest w niej i morderstwo, fizyka kwantowa i trochę romansu.

"Tęsknota atomów" to historia belgijskiego inspektora Jansena, do którego przychodzi pijany Amerykanin - ojciec dwóch synów, z informacją, że boi się o swoje życie. Zagadkowa śmierć turysty, którego policjant wcześniej zignorował, zajmuje myśli Jansena na tyle, że postanawia odkryć przyczynę śmierci. Jej odkrycie okazuje się większym wyzwaniem, niż fizyka kwantowa, którą inspektor się prywatnie interesuje, a której niektóre procesy, w dość prosty sposób objaśnia czytelnikom. Śledztwo oraz tajemnicza, niewidoma kobieta prowadzą go do Meksyku. Jest to podróż z przygodami, wędrówką na czas, przy czym cele obojga niekoniecznie są zbieżne.

Mam trochę problem z określeniem tej książki, bo jest inna, niż kryminały, do których przyzwyczaił mnie rynek czytelniczy. Jest nieco kanciasta w odbiorze, sztywna. I to wcale nie jest związane z fizyką kwantową, raczej z brakiem głębi myśli bohaterów. Czytając miałam wrażenie, że akcja dzieje się nieśpiesznie, mimo, że trochę się przecież działo. Możliwe, że to dlatego, że powieść ta jest daleka do stylu amerykańskich kryminałów i sensacji, gdzie nagromadzenie wszystkiego w jednym rozdziale przewyższałoby wszelkie normy, jeśli by takie istniały. Pomimo braku ogromu fajerwerków, zadziwiająco sprawnie autor umieścił akcję na 300 stronach, podczas gdy wydawało mi się, że niewiele się dzieje. Poznajemy ostatecznie cel bohaterów, poznajemy przyczyny śmierci, chociaż mnie to wyjaśnienie nie przekonuje, tak samo, jak sztywne zalążki uczuć, na okładce szumnie określone jako romans.

Wydawnictwo zapowiedziało tę książkę jako cykl, ale od 2011 roku, kiedy to książka pojawiła się na rynku polskim, nic więcej o nim nie słychać. W sumie to przeczytałabym kiedyś kolejny tom, ale nie byłby on priorytetem mojej kolejki czytelniczej.


piątek, 26 lipca 2019

Teddy bear szydełkowy miś przytulaś

Zrobiłam takiego misia z włóczki pluszowej Himalaya Dolphin Baby kolor: 80325 (jasnoszary lekko wpadający w niebieskość) oraz 80301 (śnieżnobiały) - skład 100% poliester. Czarne elementy YarnArt Jeans kolor 53.

Miś jest bardzo przytulaśny, bo ta włóczka jest niezwykle miła w dotyku i dość dobrze się ją plącze na szydełku. Robiłam szydełkiem nr 4, wg. projektu Anny Kowalowej.

Miś ma czarne oczka, jasnoróżowe łatki i miękki brzuszek :) Lubi się przytulać.





wtorek, 9 lipca 2019

Katarzyna Puzyńska "Łaskun" - Lipowo tom 6

"Wydarzenia i osoby opisane w tej książce są całkowicie fikcyjne i powstały w mojej wyobraźni jedynie na potrzeby tej opowieści"*
Ufff.. jak to dobrze, że to wszystko nie wydarzyło się naprawdę i mam nadzieję, nie wydarzy. Muszę przyznać, że Katarzyna Puzyńska ma ogromną wyobraźnię, bo wymyślić taką makabryczną historię, to naprawdę trzeba mieć i talent i fantazję.

Akcja zaczyna się pod domem sędziego Jaworskiego, gdy policjanci pracujący w Brodnicy przyjeżdżają obejrzeć miejsce, gdzie znaleziono zwłoki zainscenizowane w dość specyficzny i przerażający sposób. Początek typowy, jak w większości powieści kryminalnych, tu ktoś ginie, technicy kryminalni szukają śladów na miejscu, natomiast policjanci oglądają teren i na bieżąco komentują wydarzenia.. i tyle typowego, ponieważ potem coraz więcej skojarzeń pozwala na to, żeby oskarżyć kolegę policjanta - jednego z głównych bohaterów poprzednich tomów o Lipowie - Daniela Podgórskiego. Daniel ucieka, a ja na początku uważałam, że głupio robi, ale dalsze wydarzenia pokazały, że może wcale to takie głupie nie było.

Kwestia zaufania policjantów do siebie to jedno, kwestia współpracy do drugie, natomiast każdy policjant jest człowiekiem, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Autorka pięknie pokazuje zarówno drugie dno współpracy w policji, jak i wielopoziomowość człowieka. Poznajemy dość dokładnie myśli i powody mordercy, który poszedł złą i okrutną drogą. Poznajemy również dalsze losy bohaterów, których poczynania śledziliśmy już wcześniej. Powiem tylko tyle, że bardzo poplątane mogą być losy ludzkie.

"Łaskun" to bardzo dobra książka, wybiegająca poza typowy kryminał i śmiałym krokiem idąca w kierunku thrillera psychologicznego. Zbrodnie, których się obawiamy, psychika ludzka zadziwiająca wielowarstwowością i poziomem skomplikowania, ukazująca to, do czego niektórzy ludzie są zdolni. Niepokój i tajemnica - nic nie jest oczywiste, nie zgadniesz od razu kto morduje, nawet po kilku rozdziałach nie będziesz pewien. Tej książki nie chcesz odłożyć, zanim nie poznasz kolejnego rozdziału.. a potem jeszcze jednego i następnego.


* fragment książki w części "OD AUTORKI"

czwartek, 4 lipca 2019

Katarzyna Puzyńska "Utopce" - Lipowo tom 5

Po kilku książkach serii myślałam, że mnie już Katarzyna Puzyńska nie zaskoczy, ale gdzie tam, wodziła mnie za nos jak tylko chciała.

Abstrahując od tego, że już samo słowo "utopce" niezbyt nastraja optymistycznie, autorka z premedytacją wprowadza nastrój grozy opisując małą, zagubioną w lesie wioskę jako miejsce pełne mrocznych mocy, niezbadanych tajemnic każdego z mieszkańców, prastarych wierzeń i zabobonów. Niespokojny nastrój udziela się również policjantom, którzy w tej wsi mają znaleźć zabójcę dwóch osób sprzed około 30 lat, z roku 1984.

Całość akcji idzie dwutorowo, poznajemy bieżące śledztwo oraz sierpniowe wydarzenia roku 1984, kiedy to mąż Tadeusz swojej żonie buduje altanę w nadziei, że ona na powrót go pokocha i nie będzie żałowała zamieszkania, w odległej od blichtru wielkomiejskiego, cichej i spokojnej wiosce. Podczas kopania fundamentów pod altankę, zatrudnieni przy tym chłopcy znajdują szkielet wampirzego pochówku. Kilka dni później znika Tadeusz i jego najstarszy syn, znajdują się jedynie ich zakrwawione ubrania i ślady kłów na progu altany.

Przez 30 lat sprawa nie była rozwiązana, dopiero teraz, na prośbę obecnego komendanta brodnickiej policji, młodszego syna zaginionego wtedy ojca, toczy się śledztwo. A pomysłów motywów i podejrzanych było tyle, ile osób występujących w książce. Opisywana akcja prowadzona jest jeszcze jednym torem - przesłuchania policjantów Emilii i Daniela z kilku dni do przodu, kiedy to dowiadujemy się powoli, że trzecia osoba prowadząca śledztwo Klementyna Kopp zachowywała się inaczej niż zwykle. Bardzo ciekawy splot kolejnych i przeszłych wydarzeń prowadzi do tego, że tajemniczość wylewa się wręcz z kartek książki i pcha do czytania jej, bez odkładania na potem. Zakończenie zaś jest zaskakujące, chociaż przy takiej mnogości pomysłów, jakie miałam podczas zagłębiania się w śledztwo i takie odrobinę zaświtało mi w głowie, chociaż uważałam je za mało prawdopodobne. Czytajcie, nie pożałujecie.

A przy okazji ciekawi mnie, czy Was, tak jak i mnie, irytowała pewna przyszła teściowa? ;)


niedziela, 30 czerwca 2019

Katarzyna Puzyńska "Z jednym wyjątkiem" - Lipowo tom 4

Jak już się wzięłam za czytanie serii, to i recenzje też idą serią :) Mam to szczęście, że w tej chwili przede mną jeszcze kilka tomów i nie muszę z utęsknieniem na nie czekać...

"Z jednym wyjątkiem" to 4 tom serii o szukaniu złych ludzi w okolicach Lipowa. Oczywiście zajmują się tym policjanci z tej niewielkiej miejscowości, między innymi Daniel Podgórski i Emilia Strzałkowska, wraz z pomocą komisarz Klementyny Kopp. Tym razem ginie Małgorzata Głuszyńska, kwiaciarka, którą znaleziono w domu, nad partią szachów, a na jej ciele wytatuowano napis. Okazuje się potem, że starsza pani została otruta fosgenem, a wkrótce w podobny sposób giną następne osoby, które również są znajdowane nad kolejnymi ruchami rozgrywki szachowej, a na ich ciele znajduje się tatuaż.

Śledztwo idzie dość ślamazarnie, mam wrażenie, że czasem jak i w realnym życiu, gdy nie bardzo wiadomo co zrobić z dowodami, a i pomysłów brak na rozwiązanie, wiele tropów prowadzi bowiem donikąd. Bardzo podobały mi się natomiast retrospekcje sprzed ponad 160 lat, z czasów "to nie wypada" i "z uszanowaniem", a Waćpanny pomagały Panom w zakamuflowany sposób, ponieważ nie miały innej możliwości. Tak samo jak i historie życiowe często nie były takie, jak ludzie zainteresowani faktycznie chcieli. Opisana została z tamtych czasów bardzo ciekawa historia pewnej partii szachów Adolfa Anderssena, która to w jakiś sposób połączyła się podczas śledztwa, z czasami współczesnymi.

Jakie są powiązania szachów i fosgenu z tatuażami, kim jest denerwujący dziennikarz i jaki ma faktycznie cel, dlaczego stojąca niedaleko fabryka jeszcze nie działa, skąd się wziął Józek - tego wszystkiego dowiecie się z książki, gdzie wśród kompleksów Klementyny i jej niezaleczonych ran duchowych, wśród prób Daniela uregulowania zawiązku z Weroniką i małej lekcji szachowej, szukamy, szukamy i ... znajdujemy winnego morderstw. I w sumie o to chodzi.