poniedziałek, 21 listopada 2016

"Harry Potter i przeklęte dziecko" J.K.Rowling, J.Tiffany, J.Thorne

"Harry Potter i przeklęte dziecko" - Joanne Kathleen Rowling, Jack Thorne, John Tiffany
premiera w Polsce: 22 października 2016

Scenariusz teatralny, jako ósma część powieści o Harrym Potterze to forma dla mnie dość zaskakująca. Po prostu trudno mi było sobie wyobrazić brak opisów tego, co się dzieje naokoło. Ale tylko wystarczyło zacząć czytać i już nic nie przeszkadzało w odbiorze i chłonięciu dalszych, czarodziejskich losów Harrego, jego przyjaciół i dzieci, nad którymi znów zbierają się czarne chmury... Okazuje się, że nawet jeśli czytało się powieść kilka lat temu, to i tak cały ten magiczny świat został w głowie i samoczynnie ukazywał się w mojej wyobraźni podczas czytania.

Ogólnie to jestem zaskoczona również tym, że dałam się tak porwać akcji. Myślałam, że J.K.Rowling nie zaskoczy mnie już niczym i nie uda jej się mnie zainteresować akcją, a tu proszę udało jej się znakomicie! Ale nie napiszę nic o tym, co się dzieje w książce, żeby nie zepsuć pierwszych wrażeń. Dodam tylko tyle, że osoby, które nie znają historii o Harrym Potterze niech lepiej nie czytają tego scenariusza, bo zwyczajnie nie będą wiedzieć o co chodzi. Z drugiej strony wcale też nie trzeba czytać ponownie wszystkich tomów, wystarczy to, co zostało w pamięci. Podczas czytania wspomnienia ożywają, światy się mieszają, losy bohaterów zmieniają. Chciałabym poznać rozwinięcie niektórych wątków, zwłaszcza alternatywnych, ponieważ pobudziły moją wyobraźnię i zwyczajnie zaciekawiły. Po lekturze czuję lekki niedosyt i mam chęć na więcej, mimo, że całość akcji została zgrabnie zamknięta w całość.

Jestem pewna, że Potteromaniacy będą bardzo usatysfakcjonowani tą pozycją, pomimo jej dość dziwnej formy literackiej, pomimo obecności głównie dialogów i krótkich opisów emocji - jest magia! A ja chciałam ją poczuć po tylu latach jeszcze raz i ze swej strony, gorąco polecam :)


środa, 20 lipca 2016

"Piętno Midasa" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Ta książka jest pełna emocji i faktycznie mąci myśli. Przeplata się w niej nienawiść i złość razem z wyćwiczoną latami obojętnością. Splatają się dwa życia, Jej i Jego, ale które z nich jest mroczniejsze? Który splot wydarzeń jest najbardziej realny, który bliższy sercu? Po przeczytaniu zostałam z pytaniami i zaskoczeniem. Zaskoczyło mnie bowiem zakończenie książki. A właściwie dwa zakończenia. Które? Dlaczego tak? I została też złość, bo przecież nie można tak bawić się czytelnikiem! I zostawiać go z burzą w głowie!

Niejednoznaczna historia romansu dwojga, jednak to nie romans gra tu pierwsze skrzypce. Niebezpieczeństwo, skrywane uczucia i fascynacja utrzymują opisaną historię na takim poziomie, że trudno odłożyć książkę na bok. Pomimo początkowej przewidywalności, wraz z poznawaniem fabuły, byłam coraz bardziej zauroczona i ciekawa jej rozwinięcia. Bo co może tak zafascynować w tym, że pasjonat fotografii, podczas pracy na przyjęciu weselnym poznaje policjantkę, której głowa zaprzątnięta jest nieuchwytnym zabójcą? Już autorka postarała się, żeby historia była niebanalna.

On jest niepokojący, Ona niepokorna. Nie jest to kryminał, chociaż ma z nim wiele wspólnego, nie nazwałabym też książki romansem, chociaż uczucia bohaterów są tak intensywne, jak w niejednym prawdziwym romansie. Nie jest to też bajka, bo przecież wiele zdarzeń mogło się wydarzyć... a niektóre z nich są niestety niechlubną codziennością, powodującą ból, strach i nienawiść. 

Książka jest tak intensywna w doznania, że na pewno długo zostanie w mojej pamięci. Nie pamiętam, żeby jakaś książka, aż tyle we mnie wzburzyła różnych emocji. Ona kipi nimi i to jest niesamowite. 

Emocjonujące "Piętno Midasa" czytałam w takich oto spokojnych, wakacyjnych warunkach... na tyle zatopiłam się w lekturze, że nawet nie zauważyłam grzejącego się nieopodal zaskrońca, któremu również ta cisza odpowiadała i nie przeszkadzał szelest kartek... Gość niestety uciekł szybko w szuwary, gdy tylko wstałam :)

niedziela, 10 lipca 2016

Ośmiorniczki dla wcześniaków

Ośmiorniczki dla wcześniaków to akcja charytatywna dla wcześniaków w inkubatorach, którą zapoczątkowano w Danii, a która rozwija się też w innych krajach, m.in. Polsce.

Dzieci, które pojawiły się na świecie za wcześnie, trafiają do inkubatorów. Takie maluszki zawsze po urodzeniu zaciskają piąstki, a zaciskając je na różnych przewodach i rurkach, np. na kablach kroplówek, powodują ich odłączanie.  

Podsuwane pod rączki macki ośmiorniczek, mają przypominać wcześniakom pępowinę mamy i to na nich dzieciaczki zaciskają swoje piąstki, nie robiąc sobie krzywdy. A ponieważ wcześniej, przez kilka dni zabawkę nosi przy sobie mama wcześniaka i pachnie ona mamą, obecność takiej przytulanki dodatkowo uspokaja maluszka. 


Ośmiorniczki są bezpłatne, trafiają do wcześniaków, które leżą w szpitalu biorącym udział w akcji. Te wesołe przytulanki wykonywane są ręcznie i całkowicie charytatywnie przez chętne osoby, ale trzeba pamiętać, że każda maskotka powinna spełniać, określone przez koordynatorów wymogi. Zabawka musi być przede wszystkim bezpieczna dla malucha. Wykonuje się ją wyłącznie ze 100% bawełny, wypełnienie natomiast jest z antyalergicznej silikonowej kulki. 

Na Facebooku powstała specjalna grupa i strona dla tych, którzy też chcą pomóc maluchom.

Warto obejrzeć krótki  >> film <<  pokazujący ośmiorniczkę w akcji :)





Ja również przyłączyłam się do akcji. Na razie są dwie ośmiorniczki, ale będzie ich dużo więcej!





czwartek, 23 czerwca 2016

Czas na wędrówkę... podziemną, czyli kopalnia Guido w Zabrzu

Dawno nie byłam na południu Polski i tylko jak miałam możliwość, spakowałam swoje rzeczy i z grupą fajnych osób pojechałam w rejony Beskidu Śląskiego. Forma tego wyjazdu była częściowo ograniczona, ponieważ miałam tylko dwa dni, a wycieczki z których skorzystałam były organizowane dla większej grupy osób i po prostu skorzystałam z pewnego rodzaju komfortu, że nic nie muszę, tylko poddać się fali dobrej organizacji i po prostu dobrze się bawić :)

Żeby dojechać na miejsce w rozsądnej porze i nie stracić dnia musiałam wstać około 4:00 nad ranem. Nie lubię tak wcześnie, ale jak mus... O 5:16, siedząc wygodnie w najnowszym nabytku PKP odjeżdżaliśmy ze stacji, a ja z lekkim zdziwieniem stwierdziłam, że nowym pociągiem jedzie się całkiem przyjemnie. Co prawda w pociągach Pesa Dart, w wagonach nie ma przedziałów, co sprawia, że czasem jest dość hałaśliwie, ale za to cieszą drobiazgi typu chowany haczyk do powieszenia plecaka/torebki, czyste toalety, wygodne siedzenia z miejscem na nogi i regulowane podnóżki. W Warszawie krótka podróż metrem i dalsza droga już Pendolino... cel Bielsko Biała. Różnica Pendolino z Dart'em jest taka, że w cenie biletu jest kawa (rozpuszczalna niestety), herbata lub woda do picia. Standard bardzo podobny, nie ma tylko tego haczyka na plecak :) i wagon jakby dłuższy (czytaj: więcej hałasu). Za to w obu nie czuje się prędkości.


Na miejscu byliśmy kilkanaście minut po 12, a za kolejną godzinę otwieraliśmy drzwi do pokoju, w Hotelu Meta w Szczyrku. No powiem Wam, prawdziwe luksusy, bo o ile ze strony hotelu przywitało mnie podwójne łoże z baldachimem, całe dla mnie!, to ze strony organizatorów wyjazdu, na stole czekały na nas przepyszne domowej produkcji ciasta i takiej też produkcji naleweczka z aronii...

Hotel Meta i jeden z pokojów z wygodnym łożem z baldachimem,
pojemną szafą, która pomieściła nie tylko szpilki i sukienki,
ale również buty traperskie do wędrówek po górach 

Zaczęłam się rozpisywać o drodze, pominę zatem odpoczynek w części SPA tego hotelu, jacuzzi i saunach, które uwielbiam oraz bardzo uroczystą kolację w Gospodzie Polskiej z występem tańców góralskich i przyśpiewek, prawdziwą biesiadę z przepyszną kwaśnicą na żeberku z pieczarkami, 'Golonko Soplicą rumienione', kotlecikami "Kapsy Juhasa" nadziewanymi serem i pieczarkami, pysznymi oscypkami na gorąco itp... frykasami. Wspomnę tylko, że stoły udekorowane chustami góralskimi w żywych kolorach i drewniana chata restauracyjna kryta strzechą, dopełniły uroczystości.

Ozdoba stołu biesiadnego po góralsku: wspaniała, kolorowa chusta (!)
oraz wesołe, zabarwione przaśnością wierszyki.
Z tyłu tego wierszyka było całe menu, które mieliśmy do dyspozycji...
Kwaśnica i golonka były genialne! Oscypki również!
Tak się tym najadłam, że reszty nie dałam rady już spróbować, ale goście mówili, że przepyszne.
Teraz żałuję, że nie spróbowałam.... ech...

Normalnej wielkości sanki podwieszone u sufitu były jednym
z elementów wystroju Gospody Polskiej w Szczyrku


Dzień kolejny, czyli czas na wędrówkę... ale tym razem wędrowałam 320 metrów pod ziemią...
Szlak Zabytków Techniki Województwa Śląskiego biegnie między innymi przez Zabrze, a wśród wielu obiektów na tym szlaku warto zobaczyć Zabytkową Kopalnię Węgla Kamiennego Guido, do której skierowaliśmy swoje kroki.
"Guido" to unikatowa na skalę europejską kopalnia, założona około 160 lat temu, która po zakończeniu eksploatacji pełniła funkcję węzła odwadniającego i kopalni eksperymentalnej. W dzisiejszych czasach to jedyna kopalnia węgla kamiennego, do której można zjechać i przekonać się na własne oczy i uszy, jak wyglądała i wygląda praca górników pod ziemią. Takiego zabytku ponoć nie ma w całej Europie! I muszę przyznać, że robi wrażenie..

 
Szyb Zabytkowej Kopalni Węgla Kamiennego Guido
wchodziło się w niebieską bramę, i tam za czerwonymi drzwiami była winda, zwana szolą.
Zafascynowały mnie liczne napisy na tym szybie: 
"Jazda ludzi dozwolona", "Zakaz stosowania otwartego ognia", 
"Zakaz zjazdu na dół po spożyciu alkoholu i środków odurzających",
"Uwaga szyb! Zachować się ostrożnie", "Wchodzenie do klatki tylko za zgodą sygnalisty",
"Sygnalisto przed oddaniem sygnałów do jazdy zamknij wrota szybowe",
"Wrota szybowe otwiera i zamyka tylko sygnalista", "Przedział drabinowy drożny",
"Nadawanie sygnałów przez osoby nieupoważnione WZBRONIONE"...
:)

W kopalni do tej pory były do zwiedzania dwa, wzajemnie uzupełniające się poziomy: 170 i 320. Poziom 320 był najgłębiej położoną trasą turystyczną w Europie do zwiedzania, ale z tego, co widzę, niedawno dołożono do atrakcji poziom 355, czyli 355 metrów w dół... a to już zwiedzanie w pełnym ekwipunku i do pobrudzenia, czyli coś, co lubię, więc następnym razem :)

A tym razem, na dzień dobry, każdy z grupy dostał po gustownym, czerwonym kasku i po krótkim wprowadzeniu historycznym przeszliśmy do szybu, oryginalnej prawdziwej szoli (czyli windy), którą to górnicy wiele lat temu zjeżdżali 320 metrów pod ziemię, do pracy.

W Kopalni Węgla Kamiennego Guido, upadowa i transport węgla

Na dole jest około 16 st. C. i w kopalni jest świeże powietrze, tylko w niektórych korytarzach przewodnicy uruchamiają pompy aby dostarczyć powietrze zwiedzającym.

Niesamowitą atrakcją tego poziomu jest nie tylko to, że poznaje się warunki w jakich pracowali i pracują górnicy, ale też to, że prawie każda maszyna jest przez przewodnika uruchamiana i pokazywane są jej możliwości.. Co prawda końcówkami maszyn nie dotykał przewodnik czarnych ścian... ale na moje głupie pytanie "dlaczego" ;) dostałam odpowiedź, że momentalnie bylibyśmy zasypani ciemnym pyłem :) A maszyny oglądaliśmy wszelakie, od historycznych do współczesnych, na których pracuje się teraz w innych kopalniach. Muszę przyznać, że nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy z tego, jaka to ciężka i niebezpieczna praca, gdy w ciemnych korytarzach, w pyle i ogromnym hałasie, jaki generują te wszystkie maszyny, górnicy musieli pracować po 12 godzin...
A przewodnik tłumaczy wszystko, łącznie z tym, dlaczego zabroniono pracy pod ziemią "3K", czyli koniom, kobietom i... kanarkom!

Zabytkowa Kopalnia Węgla Kamiennego Guido
Ściana z obudową drewnianą "Łopatowa"

W kopalni widzieliśmy wszelkie "myśli" techniczne od początków górnictwa do najnowszych czasów, poznaliśmy sposoby zabezpieczeń ścian, jak wyglądało porozumiewanie się na odległość, jak transportowano węgiel, jak badano obecność różnych gazów.. Zwiedzanie trwało 2 godziny, była możliwość podejścia do miejsc, gdzie się wydobywało węgiel, często schylając głowę, więc kaski nie raz spełniły swoją rolę. Rozbawił mnie w pewnym momencie przewodnik, który czekał na grupę przechodzącą niskim i ciasnym przejściem między balami i liczył stuknięcia kaskami o drewniany strop :).

Zabytkowa Kopalnia Węgla Kamiennego Guido
... węgiel, po prostu węgiel :) ...

Ciemności lekko rozświetlone dla turystów, pył pod nogami, tory kolejek wzdłuż korytarzy, ogromne, dziwaczne w kształcie maszyny górnicze, bardzo głośno pracujące, taśmy z przesuwającymi się kamieniami - to wszystko tworzy niesamowitą atmosferę i jeszcze większy szacunek do pracy w takich warunkach. Pamiętajcie więc żeby, jeśli będziecie kiedy w kopalni, każdego napotkanego pod ziemią górnika pozdrowić tradycyjnym „Szczęść Boże”.

W Kopalni Węgla Kamiennego Guido
Kombajn chodnikowy AM 50, zwany popularnie Alpiną oraz elektryczna kolejka podwieszana, 
którą 'pędziliśmy' korytarzami kopalni

Kończąc zwiedzanie warto wstąpić do Strefy K8, gdzie znajduje się najgłębiej położony pub w Europie. W Można tu kupić lub posmakować oryginalnego, specjalnie warzonego dla kopalni piwa o nazwie "Guido" z lokalnego browaru. Niepasteryzowane, odpowiednio schłodzone, o ciekawym aromacie i smaku. To ciemne jest wyśmienite!

Po wyjechaniu na powierzchnię taką samą szolą jak na początku, oddaliśmy kaski i pognaliśmy do ... Katowic.

c.d.n...


sobota, 2 kwietnia 2016

Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Naprawdę bardzo dobrze napisany thriller kryminalny, trzyma w napięciu i nie odpuszcza do ostatniej strony. Trzeba mieć świadomość, że po przeczytaniu 1/3 nie da się go odłożyć. 

Zaczyna się dość spokojnie i zwyczajnie, młoda dziewczyna jeździ rano pociągiem do miasta, wraca wieczorem i w miejscu postoju przed semaforem przygląda się mieszkańcom domu stojącego obok torów. Wymyśla historyjkę żyjącego tam szczęśliwego małżeństwa, ale pewnego poranka widzi zmianę w zachowaniu kobiety na tyle niepokojącą, że gdy media ogłaszają jej zaginięcie, postanawia opowiedzieć policji, co widziała. Dziewczyna jednak nie jest wiarygodna dla policji, ponieważ jest alkoholiczką, nie ufającą swojej pamięci. Historia dziewczyny z pociągu wplata się w wydarzenia, które miały miejsce w domu obok torów, a autorka dobrze buduje napięcie, pokazuje emocje i niepokój związany z opisywanymi sytuacjami. 

Po przeczytaniu książki rozumiem już, dlaczego stoi ona wysoko na listach bestsellerów i TOP książek ostatnich miesięcy. Po pierwsze: spójność i niesamowicie wciągająca akcja, po drugie: nie ma chwili, żeby można się było czymś znudzić, po trzecie: naprawdę udana intryga z zaskakującym finałem.
Poza tym ciekawa konstrukcja książki. Akcja opowiadana jest przez trzy różne osoby, nie zawsze w tym samym przedziale czasowym. Dzięki temu zabiegowi wiemy co się działo wcześniej, co się dzieje na bieżąco i jaki wpływ na akcję mają opisujące ją osoby. Naprawdę, jak na debiut literacki Pauli Hawkins, rewelacyjny zabieg i wspaniałe nakreślenie portretów psychologicznych postaci! Jestem pod wrażeniem, a nie spodziewałam się, ponieważ nie zawsze bestseller jest aż wart polecenia, a ten jest.


sobota, 12 marca 2016

Still Light Tunic

Zaczynam robić tunikę: Still Light Tunic by Veera Välimäki. Podobała mi się od dawna, a jest okazja, bo łaskawym okiem patrzy na moje chęci Kasia z Fiubzdziu, która również się za nią, z kilkoma jeszcze chętnymi wzięła. Ja też. Całość będzie wyglądać jak na zdjęciu niżej, ale u mnie będzie inny kolor. I nie będzie to niebieski :)

zdjęcie z raverly

Kupiłam 12 motków włóczki DROPS Alpaca (100% wełny alpaca), 50g = 167m w kolorze ciemnego fioletu. Trzymajcie za mnie kciuki, bo dawno drutami nie machałam...



niedziela, 21 lutego 2016

"Księżyc nad Bretanią" Nina George

okładka z woblink.pl
"Księżyc nad Bretanią" Niny George to powieść o szukaniu swojego miejsca na ziemi, o odkrywaniu własnych pragnień i siebie.

Poznajemy Marianne, która postanawia umrzeć. Zahukaną żonę męża, który całkowicie ją sobie podporządkował. Kobietę, która zrezygnowała ze swoich pragnień i marzeń dla męża egoisty i totalnego sknery, poświęcając dla niego całą swoją wolę i istnienie. 
Marianne mając dość takiego życia rzuca się z paryskiego mostu do Sekwany. Uratowana, trafia do szpitala. Tam widzi mały, ręcznie malowany kafelek ze statkami i portem, morzem, błękitnym niebem i stwierdza, że przez ponad 40 lat bycia ze swoim mężem tak naprawdę niczego nie przeżyła. Postanawia to zmienić, "żeby życie w którym tkwiła, wreszcie się skończyło".

Niepokojący opis dotychczasowego życia Marianne niestety wcale nie jest jakąś abstrakcją w dzisiejszym świecie. Tak może żyć wiele kobiet, które zatracają siebie, nie mają celu w życiu ani odwagi, żeby to zmienić. Książka pokazuje, że koniec jakiegoś zdarzenia może być początkiem kolejnego, lepszego. To historia kobiety, która powoli odkrywa, co to znaczy żyć, żyć tak naprawdę: ciesząc się widokiem za oknem, słońcem, możliwością położenia się centralnie na łóżku, być sobą dla siebie, zasypiać z myślami 'to był piękny dzień'.

Jesteśmy świadkami nieśpiesznego budowania swojego prawdziwego ja, odkrywania tego, co ważne. Nieśpiesznego, ponieważ akcja nie pędzi jak szalona, wszystko wygląda tak, jakby mogło się zdarzyć naprawdę. I wcale do zmian nie trzeba fajerwerków, trzeba zmienić myślenie. Tylko tyle, albo AŻ tyle. Polecam, książka zmusza do zastanowienia się nad wieloma sprawami, może niektóre z nich właśnie odkładasz i odkładasz nie dając im dojść do głosu?

w książce można znaleźć wiele ciekawych myśli, to jedno z nich..
"Nic nie jest bardziej prawdziwe niż to, czego człowiek najbardziej pragnie"
... "My nieustannie pragniemy. Wszystkiego, ..."