czwartek, 24 sierpnia 2017

"Zagłada domu Usherów" Edgar Allan Poe

"Zagłada domu Usherów" Edgara Allana Poe została okrzyknięta arcydziełem amerykańskiej literatury gotyckiej i jest jedną z najbardziej znanych jego nowel. Wydaje mi się, że kiedyś czytałam coś tego autora, ale widocznie nie zachwyciło mnie to na tyle, żeby zacząć poznawać kolejne dzieła. Ta nowela również mnie jakoś specjalnie nie zachęciła do zagłębienia się w twórczość Poe, niemniej stanowi ciekawą odskocznię od współczesnej literatury. Zagadką jest dla mnie to, że nowela jednocześnie mnie i zmęczyła, i zachwyciła. Dziwne połączenie, prawda?

Na swój sposób męczący był język, którym napisana jest nowela. Niezwykle kwiecisty, zawoalowany, ciężki w czytaniu i opisujący zdarzenia niejednoznacznie, autor krążył wokół wybranego tematu przez kilka stron, ledwo dotykając sedna. Rozbudowane zdania przeładowane słowami, których się już nie używa powodowały, że trudno mi było się skupić na treści, bo z niej nic konkretnego nie wynikało. Jednak w jakiś sposób takie pisanie spowodowało, że tekst stawał się może mniej rzeczywisty, ale jednocześnie był przepełniony po brzegi emocjami narratora, które wręcz się czuło prawie namacalnie, ponieważ odczucia potęgowane były przez depresyjne, przygnębiające otoczenie. Doskonale udało się autorowi nakreślić mroczny klimat, skrzypiące deski, okiennice, ciemność, duszne piwnice i cały ten niesamowity klimat starego, posępnego pałacu. Doskonale udało się nakreślić zgnuśniałość i wiekowość tego miejsca, oraz strach i obawy narratora, który jako przyjaciel właściciela tego ogromnego domu, przyjeżdża na jego ogromną prośbę, żeby dotrzymać mu towarzystwa podczas choroby.

Ciekawym staje się fakt, że im dłużej myślę nad treścią i analizuję to, co przeczytałam, tym bardziej rozumiem nazywanie jej arcydziełem. Jest coś w tej noweli, co umożliwia odkrywanie nowych smaczków, ponieważ każdy szczegół i element dodaje wartości i oddaje nastrój tego ponurego miejsca i tego, co tam się w nim zdarzyło. Cieszę się, że nie czytałam tego nocą, ale jeśli ktoś lubi dodatkowe emocje, polecam spróbować. W końcu to właśnie Edgara Allana Poe okrzyknięto prekursorem gotyckiego horroru.


"Zagłada domu Usherów" dostępna jest za darmo na stronie projektu Wolne lektury w różnych formatach, również audio. Czytałam w tłum. Bolesława Leśmiana.

piątek, 21 lipca 2017

Ażurowe kolczyki w kolorze jeansu

Już od dawna zachwycałam się tymi ażurowymi kolczykami i ich delikatną formą. W końcu na jednym ze spotkań z maniaczkami koralikowymi postanowiłam: zrobię je! Wybrałam kolor niebieskiego jeansu jako przewodni, czyli rivoli Swarovski w kolorze Denim Blue F oraz drobniutkie japońskie koraliki TOHO Inside-Color Luster Crystal - Capri Blue Lined w rozmiarze 15/o. Koraliki są wielkości 2,2 mm, opalizują, mają przezroczystą otoczkę i niebieski środek.

Łatwo powiedzieć "zrobię je!"... to były kolczyki z najbardziej pokręconym wzorem, jaki robiłam, ale udało się podołać wyzwaniu połapania się w tych drobiazgach :) Rezultat mi się podoba, a Wam?

Kolczyki robione wg schematu Julii Buszuchiny.


Kolczyki Ażurowy Denim



czwartek, 13 lipca 2017

Joanna Chmielewska "Zbrodnia w efekcie"

Przeczytanie tej książki odkładałam i odkładałam, aż minęło 5 lat od jej wydania i równocześnie 5 lat od śmierci autorki. Przesuwając czytanie wiedziałam, że to już ostatnia książka Joanny Chmielewskiej, której nie znam i w ogóle ostatnia, ponieważ więcej już nie będzie.

Książki Joanny Chmielewskiej zajmują w mojej prywatnej biblioteczce szczególne miejsce, mam wszystkie w wersji papierowej, niektóre starsze wydania są już tak zaczytane, że kartki nie trzymają się okładek, albo trzymają się siłą woli, nawet u mnie, która o książki dba najbardziej na świecie. Większość książek Joanny Chmielewskiej była czytana po kilkanaście razy, a ja je mogę przeczytać jeszcze i drugie tyle. Zawsze każde wakacje, a potem każdy urlop zaczynałam od przeczytania którejś pozycji. To się stało u mnie rytuałem i żadne wakacje nie były w pełni zaliczone, bez przeczytania chociażby jednej z nich.


"Zbrodnia w efekcie" zawiera w sobie wszystko, co lubię w kryminałach Joanny Chmielewskiej: jest plejada niebanalnych postaci z różnymi dziwactwami oraz trup - tym razem bez głowy, jest też sama autorka wplątana w rozwikłania, jest kilku podejrzanych i przyjazna policja, jest spadek, tajemnica i "bóstwo męskie"... Dosłownie jest wszystko, czym charakteryzuje się kryminał w wykonaniu Chmielewskiej, łącznie z nieograniczoną swobodą języka i charakterystycznym poczuciem humoru.

Akcja zaczyna się od tego, że pewnego deszczowego dnia na działkach coś się zadziało, ktoś wychodził, ktoś się przedzierał przez gąszcz, ktoś się emocjonował, a ktoś inny był całkiem obojętny... Trup bez głowy pojawia się po 5 latach od tych wydarzeń, przy okazji panicznego wykopywania rozrastającego się bambusa. Po kolejnych pięciu latach pojawiają się kolejne ślady i policja ma wtedy pełne ręce roboty.

Kryminały Joanny Chmielewskiej mają specyficzną atmosferę, jest nieboszczyk i dochodzenie, ale tak naprawdę mimo, że wszystko się wokół tego kręci, nie jest to najważniejsze. I w żadnej książce tej autorki takie nie było. Ważne jest pokrętne wyszukiwanie dowodów wśród dziwnych zbiegów okoliczności, ważne są barwne osoby, niepospolite pomysły i bezpośredni, oryginalny język, którym się posługują. Same opisy zbrodni, nawet jeśli są krwawe to opisane są w sposób przyjazny nawet dla osób wrażliwych. Zawsze mnie wprawiało w zadziwienie to, z jaką swobodą, humorem i luzackim podejściem prowadzono rozmowy w miejscu zbrodni. I podobało mi się zawsze, jak autorka siebie samą umiejscawiała w książce, przemycając przy okazji różne osobiste doświadczenia życiowe.

Jestem wieloletnią, nieuleczalną wielbicielką Joanny Chmielewskiej. Miewała ona książki w rodzaju niezbyt udanych projektów autorskich, ale ich jest kilka wśród kilkudziesięciu, a wiele z pozostałych to prawdziwe perełki, po które zawsze chętnie sięgnę. Potrafią mnie za każdym razem rozbawić i pozwalają nabrać dystansu do wielu rzeczy. A czegóż więcej trzeba, żeby dobrze zacząć wakacje?

wtorek, 30 maja 2017

Wyjazd do Grodna (Białoruś)

W związku ze zniesieniem wiz do Białorusi dla Polaków, którzy chcą zwiedzić Kanał Augustowski, Grodno oraz najbliższe okolice, skorzystałam z okazji i wraz ze znajomymi wybraliśmy się na jeden dzień do Grodna. Załadowaliśmy się do niewielkiego busika na kilkanaście osób i około godziny 7 rano z Białegostoku wyruszyliśmy na przejście graniczne w Kuźnicy, za Sokółką. Pociągiem bez wizy do Grodna się nie wjedzie, natomiast na Białoruś, oprócz busa lub samochodu, na zasadzie bezwizowego wjazdu można również dostać się samolotem na lotnisko w Mińsku i stamtąd podróżować po Białorusi do 5 dni (od lutego 2017 roku).

Wjeżdżając na teren Białorusi samochodem lub busem mamy dość ograniczony teren do poruszania się. Możemy pojechać do Grodna i okolic, można też przejechać najkrótszą drogą do przejścia na Litwę, żeby skrócić czas przejazdu. Więcej informacji na stronie: grodnovisafree.by.
Aby przekroczyć granicę trzeba mieć 3 dokumenty: ważny paszport, wykupione ubezpieczenie medyczne i dokument uprawniający cudzoziemców do zwiedzania parku “Kanał Augustowski" (około 60 zł) , który można kupić w białoruskim biurze turystycznym lub wykupić w polskim biurze podróży, pośredniczącym w kontakcie z białoruskimi operatorami turystycznymi.

Grodno, Plac Sowiecki, na budynku napis "Kocham Cię, Białoruś!"
Z Białegostoku do Grodna jest około 85 km i jedzie się blisko 1,5 godziny, nie wliczając oczekiwania na przejściu granicznym. Mieliśmy to nieszczęście, że nie zgadzała się jakaś cyferka na dokumentach organizatora po stronie białoruskiej i zanim wszystko wyjaśniono minęły 2 godziny. Ale szczęśliwie, po cierpliwym oczekiwaniu jedziemy dalej. Na początku mamy mały przystanek przy Hotelu Niemen przy ul. Stefana Batorego 8, ponieważ obok niego po lewej, jest sklep spożywczy, a w samym jego środku, za kasami jest kantor. Miejsce dość zaskakujące, bo trzeba wiedzieć, żeby tam trafić. Wymieniam 15 amerykańskich dolarów na ruble białoruskie, żeby mieć na drobne wydatki, takie jak obiad i ew. małe zakupy. Okazuje się, że tyle mi gotówki wystarczyło do końca dnia, bo za dodatkowe zakupy płaciłam potem kartą płatniczą. Średni kurs białoruskiego rubla BYN, pod koniec kwietnia 2017: 1 BYN = 2,11 PLN, 1 USD = 1.87 BYN.

Kierowca naszego busika staje na postoju niedaleko ul. Wielka Troicka, a my ul. Dominikańską przechodzimy na deptak ulicy Sowieckiej, wyłożony starymi płytkami brukowymi. Niedaleko znajduje się bardzo nastrojowa kawiarenka "Raskosza"czyli Rozkosz (Кафе Раскоша). Kawę w tym miejscu podają naprawdę smaczną, warto zajrzeć do środka. Przed kawiarenką stoją kramiki z twórczością ludową. Po pokrzepieniu się "rozkoszną" kawą jedziemy dalej, do muzeum Elizy Orzeszkowej.

Grodno, ulica Sowiecka na przecięciu z Dominikańską
Grodno, Kafejka Raskosza, ul. Sowiecka 7
bardzo nastrojowe miejsce
Grodno, Plac Lenina i jego pomnik
Po drodze mamy ul. Dzierżyńskiego i plac Lenina. Jego pomnik stojący centralnie na placu dumnie pręży pierś, w tle gmach miejskiego Komitetu Wykonawczego. Skręcamy w ul. Elizy Orzeszkowej i stajemy przed Muzeum Elizy Orzeszkowej. Muzeum i czytelnia, znajduje się w XVIII-wiecznym domu, który był własnością drugiego męża Orzeszkowej, adwokata Stanisława Nahorskiego. Pisarka mieszkała w nim od 1894 aż do swojej śmierci w 1910. Zwiedzamy dwa pokoiki, w których Eliza Orzeszkowa pisała swoje dzieła, oglądamy obrazy przez nią stworzone z ziół i kwiatów, które ona sama zbierała, suszyła i układała. Słuchając opowieści przewodniczki o życiu pisarki oglądamy fotografie, rękopisy i obrazy, przenosząc się w czasy XIX i początki XX wieku.

Grodno, Muzeum Elizy Orzeszkowej,
biurko przy którym autorka pisała swoje dzieła


Eliza Orzeszkowa z domu Pawłowska urodziła się we wsi obwodu Grodzieńskiego w bogatej rodzinie, gdy miała 3 latka zmarł jej ojciec, a jej matka zajmowała się nią dość oschle. Uczyła się w Warszawie, gdzie zaprzyjaźniła się z Marią Wasiłowską, potem Konopnicką. W młodym wieku wydana za starszego o 16 lat Piotra Orzeszkę nie znalazła z nim wspólnego języka, on natomiast małżeństwo traktował jako poprawienie swojej sytuacji finansowej, bo swoje pieniądze roztrwonił będąc kawalerem. Orzeszkowa od zawsze pomagała ludziom, organizowała naukę i pomagała potrzebującym, co się jej mężowi nie podobało. Gdy jej mąż został zesłany na Sybir, Orzeszkowa nie pojechała za nim, od dawna nie czując wspólnego z nim życia, wystąpiła o unieważnienie małżeństwa, potem sprzedała swoją posiadłość rodzinną, osiadła w Grodnie i zaczęła pisać. Wyszła też po raz drugi za mąż. Przez ostatnie kilkanaście lat swego życia mieszkała w tym domu, w którym teraz jest muzeum. Pomagała grodzeńszczanom, którzy tłumnie zwracali się do niej o pomoc, zwłaszcza po wielkim pożarze miasta. Nie odmawiała, przeznaczając na nią swój własny majątek. Pomagała i pisała powieści o ludziach, których spotykała. W muzeum są jej książki w wielu językach świata, jednak z tego, co słyszałam, bardzo trudno opiekunom jest pozyskać nowe pozycje.

Przewodniczka opowiadała o domu i jego otoczeniu. Na koniec zajrzałam na tyły muzeum, gdzie jest ganek, na którym Eliza Orzeszkowa chętnie odpoczywała od zgiełku i hałasu, panującym od strony ulicy. Jak zajrzałam, to akurat odpoczywał tam jakiś bardzo z siebie zadowolony sierściuch Mruczek :)

Obok muzeum jest budynek z oryginalną ozdobą na ścianie. Po drugiej stronie ulicy Lenina stoi Sobór Opieki Matki Bożej (Свято-Покровский кафедральный собор) zwany też Soborem Pokrowskim. To prawosławna świątynia z 1907 roku, wzniesiona ku czci żołnierzy rosyjskich poległych w wojnie rosyjsko-japońskiej.

Grodno, komunistyczna myśl artystyczna na budynku, przy ul. Lenina

Grodno, prawosławny Sobór Pokrowski
Po muzeum jedziemy do Kołoży, gdzie znajduje się Cerkiew Św. Borysa i Gleba, najstarsza cerkiew prawosławna w Grodnie, jedna z najstarszych zachowanych w Europie północnej. Pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1138 roku. Ta niewielka, bardzo charakterystyczna cerkiewka zbudowana została z cegieł i kamieni, zdobiona krzyżami ceramicznymi, widać zupełnie inny styl budowy, niż w ostatnich stuleciach. Niespotykana architektura, szczególne wnętrze. Moją uwagę zwróciły otwory w  ścianach, okazało się, że były one specjalnie robione dla efektów akustycznych chórów cerkiewnych. Cerkiew stoi w pięknym miejscu, na niewielkim wzniesieniu, tuż nad rzeką Niemen.

Grodno, Cerkiew Św. Borysa i Gleba z 1138 roku

Grodno, Cerkiew Św. Borysa i Gleba z 1138 roku
na cegłach można znaleźć znaki, ale nie wiadomo, dlaczego niektóre cegły były tak oznaczane
znaki wyglądają jak wypukłe pieczęcie
Również nad Niemnem, rzędem z Kołożą stoi Stary i Nowy Zamek Królewski. Parkujemy na parkingu przy Wielkiej Synagodze (ul. Wielka Troicka) i idziemy do zamków. Budowę Starego Zamku zaczęto w 1398 roku. Murowany zamek gotycki miał pięć baszt, które były połączone murami o grubości 3 metrów. Do dzisiaj zachowały się jedynie fragmenty murów, a podczas prac wykopaliskowych znajduje się wiele różnych przedmiotów. Stary Zamek był w XV wieku główną rezydencją królewską, w XVII wieku odbywał się w nim co trzeci sejm zwyczajny Rzeczypospolitej.

Nowy Zamek powstał w XVIII wieku, kiedy stary został zniszczony i coraz bardziej podupadał, aż ostatecznie zniszczył go pożar. Nowy Zamek zbudowano na sąsiednim wzgórzu. Kompleks zamkowy zbudowany był na planie podkowy, z ozdobną bramą wjazdową. Pałac pełnił funkcję rezydencji królewskiej oraz miejsca odbywania Sejmów generalnych w okresie I Rzeczypospolitej. To w tym zamku, podczas ostatniego sejmu Rzeczypospolitej w 1793 roku, został podpisany traktat II rozbioru Polski.

Grodno, Stary Zamek, widok z ul. Wielka Troicka
Grodno, brama Starego Zamku, jedyna ocalała, oryginalna i najstarsza część
do wglądu zostawiono część cegieł i kamieni, na których widać poszczególne etapy rozbudowy,
kamienie - część najstarsza, potem cegły jakichś zaprzeszłych władców (nie zapamiętałam których :)),
żółte cegły to dobudówka wojsk sowieckich.

Grodno, Nowy Zamek, gdzie podpisano II rozbiór Polski,
na górze wjazdowej bramy (tu nie widać) umieszczone są oryginalne sfinksy,
podobno mają twarze któregoś władcy i jego małżonki, ale jak dla mnie, to były bardzo podobne do siebie ;)
 
Grodno, przy ul. Wielka Troicka stoi wieża pożarnicza, zabytkowy obiekt z ciekawym malowidłem
Nie wiem, kogo przedstawiają pozostałe osoby, ale artysta miał oryginalną wizję, 
bo kobieta którą widzicie po prawej stronie malowidła ma twarz Mona Lisy.

Grodno, Katedra Jezuitów św. Franciszka Ksawerego przy Placu Sowieckim,
na zdjęciu wieżyczka z zegarem, mającym jeden z największych, mechaniczny zegar o najstarszym blacie,
do jego konserwacji zapraszano specjalistę ze Stanów Zjednoczonych.


 
Grodno Pierwsze zdjęcie to ulica Sowiecka, deptak przy którym jest mnóstwo sklepów, banków i kafejek Drugie zdjęcie powstało, gdy weszłam w jakąś małą boczną uliczkę  i za jednym z wejść zobaczyłam delikatny w formie i oryginalny mural. Warto czasem zboczyć ;)

Spod obu zamków idziemy ulicą Zamkową na bardzo przestrzenny Plac Sowiecki, oglądając górującą nad nim Katedrę Jezuitów, zegar słoneczny, ogromny napis "Kocham Cię Białoruś" i Kamienicę Murawiewa. Spacerem po deptaku na ulicy, jakżeby inaczej: Sowieckiej, wybieramy z licznych tu kafejek, knajp i restauracji jedno miejsce, żeby spróbować regionalnych potraw.
Zaglądamy do restauracji Semafor, gdzie po zaproszeniu do osobnego pomieszczenia siadamy wygodnie, a ja zamawiam słynną zupę soliankę oraz garnuszek gorących pielmieni z wołowiną i śmietaną.. ale to było pyszne! Pozostałe osoby zamówiły podobnie i też smakowało. Chciałam jeszcze spróbować czebureki, ale już nie było na nie miejsca. Następnym razem :)

Grodno, podane w Semaforze solianka (zupa) i w garnuszku pielmieni ze śmietaną i suszoną wołowiną.. 
mmm!

Grodno to ciekawe miasto, spokojne i bardzo czyste. Jeśli chodzi o czystość to może być wzorem dla każdego zachodniego miasta Europy. Aż dziw bierze, że tak blisko wschodniej granicy z Polską, jest tak ogromna aglomeracja, której się prawie w ogóle nie zna...

czwartek, 4 maja 2017

Remigiusz Mróz "Inwigilacja" (Joanna Chyłka tom 5)

Miałam trochę szczęścia, że mogłam przeczytać ciągiem pięć tomów, ale niestety na szósty tom muszę poczekać pewnie do jesieni tego roku. Po skończeniu czytania "Inwigilacji" czekam na niego niecierpliwie, ponieważ zakończyć go w takim momencie może tylko autor bez sumienia, a powinien przecież lubić swoich czytelników i nie zmuszać ich do pytań "I jak mógł Pan to zrobić Chyłce?"
Odpowiedź będzie pewnie w szóstym tomie, ponieważ piąty zostawił zbyt wiele spraw, nie do końca wyjaśnionych.

A piąty tom to też piąta sprawa, którą zajmują się wspólnie bezpardonowa adwokat Joanna Chyłka oraz aplikant Kordian Oryński (Zordon). Tym razem biorą się za obronę muzułmanina, oskarżonego o przygotowywanie zamachu terrorystycznego. Ale nie mamy tu tylko tematu islamskiego terroryzmu w dzisiejszych czasach. Przy okazji autor przepchnął i wyjaśnił bardzo ciężki temat, prawie nieograniczonej inwigilacji obywateli i jak doszło do podpisania tej ustawy w naszym pięknym kraju. Sprawa jest na tyle poważna, że wszystko, co opisuje Mróz w swoich książkach zadziało się naprawdę w Polsce i na świecie całkiem niedawno. I niestety nie wygląda to dobrze.

Dzięki Remiguszowi Mrózowi mamy wgląd na prawną stronę mocy patrząc okiem obrońców. Obserwując opisywane procesy sądowe ma się wrażenie, że nawet beznadziejne sprawy możliwe są do obronienia, a takie właśnie jakoś z rozpędu dostają się naszemu duetowi bohaterów. Tylko, że one mogą się różnie zakończyć, ale w zasadzie nawet nie to jest najważniejsze w książkach tej serii. Ważniejsze jest stopniowe zaznajamianie się z tematem obrony i dochodzenie do mowy końcowej. Z zaciekawieniem obserwuję to, co się dzieje na sali sądowej i ciekawostką dla mnie jest fakt, że oskarżony może w swojej sprawie kłamać i składać fałszywe zeznania i nic mu z tego tytułu nie grozi. Do tej pory myślałam, że oskarżony składa przysięgę o mówieniu prawdy, a okazuje się, że polskie procedury dają mu prawo do mówienia tego na co ma ochotę, czyli... może bezkarnie kłamać!

Oprócz przyglądania się sprawom sądowym obserwujemy również rozwój wzajemnych relacji Zordona i Chyłki i jeszcze kilku osób. Dowiadujemy się też ile czasu śpi żyrafa i dlaczego łososie nie są takie zdrowe ;). Podobało mi się w tym tomie, że w końcu pojawiły się różne humorystyczne aluzje i naprawdę udało się autorowi mnie mocno rozśmieszyć. Ogromny plus. Kilka inteligentnych i zakamuflowanych przytyków z różnych dziedzin życia, również politycznego, oraz ciekawe skojarzenia i od razu weselej się czytało. I na dodatek mam wrażenie, że autor dopiero się rozkręca!

Nie mogę się doczekać kolejnej części, ale tak jak inni czytelnicy - mniej lub bardziej cierpliwie poczekam. Do jesieni.

/źródło okładki: http://www.newsweek.pl/
W cyklu "Joanna Chyłka" ukazały się do tej pory:
tom 1 - "Kasacja" (wydane: luty 2015)
tom 2 - "Zaginięcie" (październik 2015)
tom 3 - "Rewizja" (marzec 2016)
tom 4 - "Immunitet" (sierpień 2016)
tom 5 - "Inwigilacja" (marzec 2017)
tom 6 - jeszcze w roku 2017

sobota, 29 kwietnia 2017

Remigiusz Mróz "Immunitet" (Joanna Chyłka tom 4)

"No tak" - to pierwsze, co przyszło mi na myśl, po przeczytaniu ostatniego zdania "Immunitetu". "Obojętnie w którą stronę się nie obrócisz, tam zawsze d... z tyłu" - to powiedzenie idealnie pasuje do losów bohaterów, opisanych w książce.

Życie jest pełne niespodzianek i niesprawiedliwości, a los jest nieprzewidywalny, tak samo jak obrona człowieka, który zostaje oskarżony o morderstwo. W dodatku człowieka, który powinien mieć nieposzlakowaną opinię i być wzorem jako sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Chyłka i Zordon z warszawskiej kancelarii adwokackiej, stają się obrońcami sędziego, po uchyleniu chroniącego go immunitetu. Nie jest im łatwo, bo mają bronić człowieka, do którego działań mają ogromne zastrzeżenia, do działań, być może nawet niekoniecznie związanych ze sprawą morderstwa. Po raz kolejny mamy potwierdzenie, jak bardzo skomplikowany jest ludzki charakter i jakie rozterki targają adwokatami, którzy mają bronić osobę, która wcale nie musi być bez winy. Bo wbrew temu, co do tej pory myślałam, adwokaci często wcale nie znają zdarzeń, często nie mają informacji co tak naprawdę się zadziało i zastanawiają się czy bronią człowieka niewinnego, czy jednak winnego. Zwłaszcza, jeśli obwiniony nie mówi wszystkiego, a w książkach Remigiusza Mróza to nagminne. Podejrzewam, że w realnym życiu również.

Autor zaznacza też w każdym tomie serii o Joannie Chyłce różne problematyczne tematy, które mam wrażenie drażnią go na tyle, że chce na swój sposób zwrócić na nie uwagę. Uprzedzenia rasowe, problemy mniejszości, alkoholizm, nielegalny handel, mafie załatwiające sprawy w białych rękawiczkach, powiązania polityczne, dręczenie zwierząt... to tylko niektóre z nich. I dobrze, bo o problemach trzeba mówić i je rozwiązywać, natomiast promowanie zachowań negatywnych u bohaterów, jak np. przekraczanie podwójnej linii ciągłej podczas jazdy samochodem - na takie się nie zgadzam i nie chcę ich w książkach.

Jak natomiast wypadają główni bohaterowie na tle akcji? Zdążyłam polubić zarówno Chyłkę, jak i Kordiana, ale w tym tomie, szala sympatii przechyla się w kierunku Kordiana. Bardzo podobała mi się męska reakcja Zordona na pewien fakt z mrocznej przeszłości Chyłki. Ucieszyło mnie, że zachował się jak prawdziwy facet. Natomiast Chyłka... nie podoba mi się jej grubiańskie zachowanie w pewnych, nieuzasadnionych sytuacjach. Domyślam się jednak, że Chyłka wychodzi z założenia, że lepiej jest pierwszemu zaatakować i zyskać przewagę, niż się potem tylko bronić. Cóż, jak to w życiu - nie ma ideałów, Chyłka też nim nie jest.

Książka zostawia kilka niedopowiedzeń: czarne róże i zniknięcie Joanny, cel opisów muzycznych w jej cymelium. I pomimo wyprowadzania czytelników czasem na manowce, całość czyta się bardzo dobrze.

/źródło okładki: remigiuszmroz.pl/
W cyklu "Joanna Chyłka" ukazały się do tej pory:
tom 1 - "Kasacja" (wydane: luty 2015)
tom 2 - "Zaginięcie" (październik 2015)
tom 3 - "Rewizja" (marzec 2016)
tom 4 - "Immunitet" (sierpień 2016)
tom 5 - "Inwigilacja" (marzec 2017)

piątek, 21 kwietnia 2017

Remigiusz Mróz "Rewizja" (Joanna Chyłka tom 3)

Po przeczytaniu trzeciego tomu cyklu o Joannie Chyłce i Kordianie Oryńskim mam lekko mieszane uczucia. Głównie ze względu na Chyłkę, którą chętnie widziałabym jako bohatera niezłomnego, którego kocha się całym sercem, bohatera idealnego. Ale Chyłka taka nie jest. Owszem inteligencja i determinacja to naprawdę dwie bardzo silne cechy, które się ceni i podziwia. Ale jak taka osoba, zdolna góry przenosić, uparta do granic możliwości i logiczna w działaniach jest jednocześnie tak słabą jeśli chodzi o nią samą? Miałam wrażenie, że autor w jakiś dziwny sposób promuje te, niedopuszczalne wg mnie, zachowania prawniczki. Jestem po prostu przeciwna jeździe po pijaku i innym tego typu ekscesom, a w książce jest na to przyzwolenie, poprzez fakt, że popełnia je bohaterka, którą zwyczajnie polubiłam, ja i tysiące czytelników... 

Na bestialskie morderstwo nie ma natomiast przyzwolenia w żadnym momencie. Dwie osoby, matka i córka, zaś podejrzanym staje się Bukano, mąż i ojciec, Cygan wykluczony ze swej społeczności. Remigiusz Mróz wplata niepostrzeżenie wiedzę z zakresu nie tylko prawniczego, ale również historii Romów w Polsce, ich kultury i codziennego życia. Niemało jest też manipulacji, przepychanek słownych i zderzeń sił mocnych charakterów, obok prania pieniędzy, ubezpieczeń i różnych innych machlojek przestępczego świata.

Niejakim zaskoczeniem dla mnie było stanięcie Chyłki i Zordana naprzeciwko barykady prawniczej. Podoba mi się sprytne rozwiązanie tej sytuacji, zaskakuje również końcowa przepychanka w białych rękawiczkach. Zaczęłam się w międzyczasie również zastanawiać, że może trzeba było zostać prawnikiem? O ile łatwiej jest kupować wtedy samochód w komisie, żaden sprzedawca nie "zagnie" ;)

Doczytałam do końca i jeszcze przez długi czas w myślach analizowałam zdarzenia końcowe kryminału. A jeśli książka zostaje w głowie i ma się potrzebę zastanowienia się nad nią, to jest to po prostu bardzo dobra książka.


W cyklu "Joanna Chyłka" ukazały się do tej pory:
tom 1 - "Kasacja" (wydane: luty 2015)
tom 2 - "Zaginięcie" (październik 2015)
tom 3 - "Rewizja" (marzec 2016)
tom 4 - "Immunitet" (sierpień 2016)
tom 5 - "Inwigilacja" (marzec 2017)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Remigiusz Mróz "Zaginięcie" (Joanna Chyłka tom 2)

Drugi tom "Zaginięcie" zaczęłam czytać od razu po pierwszym. I cieszy mnie myśl, że tomów jest w sumie pięć, a autor zapowiada na swoim facebooku, że szósty również pojawi się w tym roku (2017).

Chyłka ma nocny telefon od dawnej szkolnej znajomej, że zginęła ich trzyletnia córeczka, a ona i jej mąż są głównymi podejrzanymi. W ich domu, w Sajenku obok Augustowa, brak jakichkolwiek śladów, alarm włączony przez całą noc, córki nie ma, natomiast śledczy podejrzewają morderstwo dziecka. Chyłka i Oryński podejmują się obrony małżeństwa, jednak równolegle próbują się jak najwięcej sami dowiedzieć, ponieważ oskarżenie dwojga ludzi jest głównie oparte na poszlakach, żadnych dowodów. Im bardziej zagłębiają się w sprawę, tym mocniej się ona komplikuje.

Poszukiwanie prawdy bywa bardzo bolesne, na granicy łamania prawa, na granicy życia i śmierci. Podobało mi się wplecenie w akcję szczegółów geograficznych miejscowości, które znam. To tak, jakby akcja odbywała się gdzieś obok mnie, jakby stała się bardziej realna. 

Osobnym tematem, który wybija się w tej książce są względy moralne i względy prawnicze. Zadaniem prawnika-obrońcy jest obrona jego klienta i nieważne, jak bardzo to jest sprawiedliwe czy raczej - niesprawiedliwe. Klientowi nie można zaszkodzić ani decydować za klienta, co dla niego będzie lepsze. Jak należy postąpić? Tak jak wymagają tego ustawy i regulamin samorządu zawodowego, czy po prostu sprawiedliwie? Zachować tajemnicę adwokacką czy jednak postąpić sprawiedliwie? Przed taką decyzją staje Chyłka i Oryński i nie jest to łatwe.

"Zaginięcie" czyta się płynnie, mnie akcja wciągnęła w swoje zawiłości. Prawnych kruczków ani reguł za bardzo nie znam, są dla mnie nowością, chociaż sam autor w posłowiu zaznaczył, że pozwolił sobie na kilka odstępstw od litery prawa, koniecznych dla fabuły. Znawcy tematu będą wiedzieli, o co chodzi, natomiast laicy, tacy jak ja, skupią się na wartkiej akcji, rozwoju relacji pomiędzy bohaterami i rozwiązywaniu tajemnicy zaginionej dziewczynki.

W cyklu "Joanna Chyłka" ukazały się do tej pory:
tom 1 - "Kasacja" (wydane: luty 2015)
tom 2 - "Zaginięcie" (październik 2015)
tom 3 - "Rewizja" (marzec 2016)
tom 4 - "Immunitet" (sierpień 2016)
tom 5 - "Inwigilacja" (marzec 2017)


piątek, 7 kwietnia 2017

Remigiusz Mróz "Kasacja" (Joanna Chyłka tom 1)

Niedawno obiegała czytelniczy świat informacja o tym, że Remigiusz Mróz, znany m.in. z cyklu thrillera prawniczego z Joanną Chyłką, wydał również trzy powieści pod pseudonimem Ove Løgmansbø. Autor chciał się sprawdzić jako debiutant, stworzył więc postać Ove Løgmansbø, "pochodzącego" z Wysp Owczych. Ponieważ literatura skandynawska cieszy się na naszym rynku dużym zainteresowaniem, z jednej strony rozumiem chęć ponownego sprawdzenia się autora w tym, czy uda mu się przebić jako debiutant wśród wielu, ale z drugiej strony czytelnicy nie bardzo lubią, jak się w ten sposób robi ich w bambuko... Niemniej cel autora został osiągnięty. Szum wokół jego osoby sprawił, że książki stojące u mnie gdzieś dalej w kolejce do przeczytania, przesunęły się na początek, ponieważ chciałam przekonać się, czy mi też się spodobają. Autor uchodzi za dość płodnego, bowiem wg Wikipedii, w ciągu ostatnich 4 lat wydał 18 powieści i jakby nie było, wypada zapoznać się z jego twórczością, tym bardziej, że i tak miałam to w planach. 

Zaczęłam od dobrze ocenianego cyklu książek o prawniczce Joannie Chyłce i jej aplikancie Kordianie "Zordonie" Oryńskim.

"Kasacja" to pierwszy tom i szybkie wejście do świata warszawskiej kancelarii prawniczej. Kordian Oryński zostaje aplikantem Joanny Chyłki, ekscentrycznej adwokatki, szybkiej w myśleniu i działaniu, konkretnej kobiety o ciekawym poczuciu humoru. Chyłka się nie patyczkuje, bierze sprawę obrony człowieka, który spędził 10 dni w mieszkaniu z dwoma zabitymi osobami. Oskarżony jakoś specjalnie się w pomoc w swojej sprawie nie angażuje, natomiast adwokatce i Zordonowi, jak nazwała swego aplikanta Chyłka, sprawy się to wyjaśniają, to komplikują... na końcu oczywiście wyjaśniają, ale ku mojemu zdziwieniu, jakoś inaczej niż się tego spodziewałam. 

Nie ma w książce nudnych momentów, cały czas coś się dzieje. Ciekawe jest spojrzenie na sytuację z prawniczej strony, czego zbyt często nie spotykam w kryminałach. Wartkie akcje, intrygi, podchody, domysły i pomysły rozwiązania trudnej sprawy o podwójne morderstwo, wszystko to wciąga i razem z  głównymi bohaterami próbujemy rozwiązać wszelkie komplikacje i manipulacje. Polubiłam Joannę Chyłkę za jej złożoną, twardą osobowość, charyzmę, uparte dążenie do celu, konkretność, niepoddawanie się stereotypom i za Iron Maiden :) Natomiast żartobliwe dialogi pomiędzy Chyłką z niewyparzonym językiem i Zordonem, próbującym jej odbić piłeczkę, są moimi ulubionymi  i licznymi fragmentami powieści.

Nie żałuję spędzonego czasu z tą książką, czytało się naprawdę dobrze. Na tyle dobrze, że od razu chwyciłam w ręce drugi tom. Trwaj chwilo czytelnicza!

/źródło okładki: http://remigiuszmroz.pl/kasacja//

poniedziałek, 13 lutego 2017

Wojciech Cejrowski "Wyspa na prerii"

"Wyspa na prerii" Wojciecha Cejrowskiego przeleżała u mnie na półce, spoglądając czasem z wyrzutem, dlaczego jeszcze jej nie czytam. A ja się nie mogłam przemóc, bo tematy westernowe jakoś nie bardzo mnie interesują... tylko, że autorem jest Wojciech Cejrowski, a przecież on nie wypuściłby szmiry na rynek.. 

I miałam rację, nie wypuścił. Temat: preria, no i o czym tam można pisać? O tym, że wiatr wieje? Że wokół przestrzeń, pusto, trawy, rdza, wszędobylski pył? Bo tak jest. O tym właśnie autor opowiada, o przestrzeni, o swoim drewnianym domku, który dostał w prezencie, potem wygrał i ostatecznie kupił. O tym kawałku ziemi gdzieś w Arizonie, na który patrzy, przesiadując na porczu, na swoim niebieskim krześle i opowiada nam o życiu na prerii, o miejscowych, o tym, że został zapisany do szkoły, o listonoszu, kojotach, deszczu, gwoździach, kornikach, skunksach, o Walmarcie i podejściu Amerykanów do usług i zakupów... opowiada o wszystkim co zaobserwował mieszkając na prerii, a ponieważ prawdziwy z niego gawędziarz, to i książkę bardzo dobrze się czyta.

Cenię sobie książki, dzięki którym można poczuć społeczność tubylczą, charakterność i cechy ludzi mieszkających w danym miejscu, czym się zajmują, jak się odnoszą do siebie, jak wygląda ich codzienność. Znalazłam to wszystko w tej książce, taki niepobieżny i nienachalny opis małego kawałka na ziemi i ludzi tam żyjących. I to niekoniecznie na poważnie, bo oprócz praktycznych informacji, Cejrowski opowiada również wiele zabawnych sytuacji, z których śmiałam się w głos!

O czym warto jeszcze wspomnieć, to to. że książka jest po prostu cudownie wydana, z dbałością o każdy najmniejszy szczegół, każdą kartkę. Chociażby taki mały szczegół, jak kod kreskowy - został on opakowany w daszek z kominem, obok którego stoi charakterystyczna pompa, napędzana przez skrzypiący wiatrak na wieży - typowy obrazek domku na prerii. Za treść i za wygląd - warto sięgnąć po tę pozycję i przeczytać.