wtorek, 16 sierpnia 2011

Notatki z Zakopanego część 4

Dzień 6 sobota
Dzisiaj kurs na Gubałówkę. Po wczorajszej wycieczce wolimy coś bardzo spokojnego, więc dzisiaj będzie spokojnie: spacery po Zakopanem i relaks w aquaparku. Do Tatralandii w końcu się nie wybraliśmy, bo tam pada codziennie, a baseny i większość atrakcji są pod gołym niebem.

W Zakopanem też oczywiście pada, ale na pytanie czy rezygnujemy z Gubałówki i dzisiaj tylko siedzimy w bąbelkach i saunach odpowiedź brzmiała 'NIE!'. Zdaje się, że tyle o tym miejscu naopowiadałam, że ciekawość wzrosła do granic wytrzymałości, więc idziemy :)

Przedarliśmy się przez Krupówki, które jako bardzo centralne i spacerowe miejsce turystów Zakopanego, jak zwykle były bardzo zatłoczone. Dla nas to jednak najkrótsza droga, bo na końcu tej uliczki jest podziemne przejście i kierując się między straganami wypełnionymi po brzegi najróżniejszymi typami oscypków, doszliśmy do stacji kolejki linowo-torowej. Kupiliśmy bilet w dwie strony i przeszliśmy do wagonu. Wagony są duże i oszklone więc wspaniale widać, jak mocno pada deszcz. Szkoda, bo znowu nie będzie pięknej panoramy. Jedzie się dość szybko, z prędkością około 35km/h i już jesteśmy na górze, na wysokości około 1120m npm. Miejsce widokowe znajduje się po prawej stronie kolejki. Pierwsze, co rzuca się w oczy to ogromna tablica z panoramą Tatr i opisem, która góra jaką ma nazwę i gdzie stoi :) Potem próbujemy to wszystko obejrzeć w rzeczywistości.. nieco zamglonej. Najlepiej widać Zakopane w dole i malutkie domki.

Gubałówka - widok na Zakopane, gór w zasadzie nie widać...
 
Z Gubałówki można przejść na Butorowy Wierch i tam zjechać kolejką krzesełkową do Kościeliska, ale w mokre dni to żadna przyjemność, więc pochodziliśmy tylko wzdłuż trasy pomiędzy stoiskami z kapciami i widokówkami. Zaopatrzyłam się w dwie widokówki z ładną panoramą Tatr, bo to u mnie najczęściej spotykana, pamiątkowa rzecz, przywożona do domu. Nie żadne tam poduszki z napisami, misiaki, figurki czy inne durnostojki, tylko najładniejsza widokówka, zrobione własnoręcznie zdjęcia, jakiś lokalny przysmak i wrażenia - to są rzeczy, które zabieram w drogę powrotną. Nasyciliśmy się jeszcze raz panoramą Zakopanego, zjechaliśmy w dół tą samą kolejką i postanowiliśmy zjeść deser.

Zapachniały nam po drodze gorące gofry z bitą śmietaną. Potem jeszcze bardziej gorące i ogromne pączki! Jak one pachniały i jak na nas patrzyły! Nie można się oprzeć, tym bardziej, że gorące pączki robione domowym sposobem to jest to coś, co  tygryski lubią najbardziej :)) Po deserze czas na odpoczynek, najlepiej leżący. Uf...

Myśląc już trochę o drodze powrotnej, bo wyjazd już w poniedziałek, zauważyłam na Krupówkach stanowisko góralki sprzedającej oscypki, wyglądające nieco inaczej, niż większość: stolik, na stoliku biały, ręcznie robiony obrusik, a na nim poukładane równo oscypki. Obok stoi starsza pani o ogorzałej twarzy i mocno opalonych dłoniach, a na głowie ma zawiązaną tradycyjną, bardzo kolorową chustkę w kwiatowe wzory. Podeszłam do kobieciny pogadać i zrobić zakupy, już na drogę. Mowa góralska jest taka specyficzna, miło się rozmawiało, trochę się pośmiałyśmy.. Stałam się bogatsza o trzy duże oscypki z mleka mieszanego, owczo-krowiego oraz koziego.

Zakopane, Krupówki 
Tak na Krupówkach najczęściej sprzedają oscypki
ale to nie jest stanowisko tej góralki w chuście

Czas obiadowy spędziliśmy w Owczarni, ale tym razem zamówiliśmy inne dania, niż ostatnio: szaszłyk z barana i schab po cygańsku. Ehem.. a mama mi zawsze powtarzała: baranina jest twardym mięsem i faktycznie - potwierdzam, nigdy więcej baraniny, tym bardziej, że na szaszłyku była, oprócz cebuli, jakaś tłusta słonina. To ja już smaczniejsze szaszłyki robię sama w domu.. i duuużo tańsze. Najsmaczniejszą częścią tego obiadu były opiekane ziemniaki, które robią genialnie oraz grzaniec korzenny, który świetnie rozgrzał nie tylko cieleśnie, ale również i humorystycznie.

Wieczorem wybraliśmy się do aquaparku. Najbardziej wszystkim podobała się krótka, ale spadzista, żółta zjeżdżalnia, po której ze śmiechem i mocnym pluskiem zjeżdżali i dorośli i dzieciaki. Zjeżdżalnie, baseny, jacuzzi, sauny, prysznice z programami, sauna zimowa, gdzie należy się natrzeć lodem lub ochłodzić się w sposób nieco bardziej tradycyjny, chlustając na siebie zimną wodą z ogromnego, drewnianego wiadra ;) Lubię to :)

Dzień 7 niedziela
Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić wędrując Doliną na Bystrej, na Polanę Kalatówki. Po dotarciu do Kuźnic podjechaliśmy zaprzęgiem konnym pod dolną stację kolejki na Kasprowy Wierch, a potem kamienistą drogą zaczęliśmy wędrować w górę. Padający deszcz już nam w ogóle nie przeszkadzał we wchodzeniu, może trochę przy robieniu zdjęć, bo kapało na obiektyw.. Po wejściu na Polanę Kalatówki na początku widać stok dla narciarzy, obok jest Hotel górski PTTK Kalatówki, a za hotelem rozciąga się widok na Dolinę Kasprową i na Kasprowy Wierch. Na Kalatówkach istniał pierwszy w polskich Tatrach ośrodek narciarski i odbyły się tu pierwsze w Tatrach zawody narciarskie. W Hotelu, w części restauracyjnej można pooglądać ustawione na sztorc stare narty, zupełnie inne od dzisiaj używanych!

Kalatówki - widok na trasę narciarską

Kalatówki - widok na Kasprowy Wierch, 
widać wagonik, pośrednią stację i trochę końcowej..

Polana Kalatówki - widok spod hotelu

Powrót tą samą drogą, jakoś nie mieliśmy chęci na dalsze mokre wędrówki tego dnia mimo, że prowadzi stąd na pewno ciekawa trasa na Kondratową Polanę, a z Kuźnic można spróbować wejść na Kasprowy Wierch, co szczerze polecam, ale raczej w suchą pogodę. Nieziemskie widoki gwarantowane!

Wieczorem pakowanie, bo jutro wyjazd z samego rana. Ogólnie: fajnie było, byłoby jeszcze lepiej, gdyby tyle nie padało... ale, jak to mówią starzy górale: "Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma!" :)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Notatki z Zakopanego część 3

Dzień 5, piątek
Niestety dzisiaj od rana pada, sprawdzamy pogodę w Liptovskym Mikulasie, bo za górami może jest inaczej, ale tam też pada, więc rezygnujemy z wycieczki do aquaparku - Tatralandii. Dzisiejszego dnia postanawiamy dojść do Morskiego Oka. To nic, że jest deszcz.. przecież nie będziemy siedzieć w kwaterze i czekać na słońce, bo jak się nie pokaże, to nic nie zobaczymy, nic nie przeżyjemy... Mamy nadzieję, że mokra pogoda odstraszy trochę ludzi znad Morskiego Oka, bo podobno to najbardziej oblegany szlak w Tatrach. Zabieramy ze sobą kanapki z oscypkiem, snikersa, po butelce wody do picia, płaszcze foliowe, suche buty i w drogę!

Na przystanku busów koło PKS, kierowca pierwszego busa zachęca wszystkich wokół krzycząc 'Morskie Oczko, Morskie Oczko, zaraz odjazd!', pytam czy dzisiaj da się dojechać, a na odpowiedź, że bez problemów, pakujemy się do środka. Do Palenicy Białczańskiej, czyli do miejsca, gdzie można jak najbliżej dojechać samochodem, jest około 24km. Droga ciekawa, bo zdarzają się serpentyny i mocne zakręty. W Palenicy Białczańskiej jest parking dla busów i samochodów prywatnych, po wejściu na teren parku narodowego można wynająć 'tramwaj' konny, który zawiezie prawie do celu. Jesteśmy ambitni, bo chcemy podejść pieszo do Wodogrzmotów Mickiewicza i zajrzeć do schroniska w połowie naszej drogi, a stamtąd podjechać w górę zaprzęgiem, bo trasa w większej części wydaje się mało widokowa, idzie się asfaltową drogą, cały czas pod górkę, wśród lasu.

Droga do Morskiego Oka - Potok Waksmundzki

Droga do Morskiego Oka - Dolina Białki
w deszczu i we mgle

Droga do Morskiego Oka - Dolina Białki
tramwaj konny wypełniony krasnoludkami


Oczywiście pada, ale niezrażeni idziemy razem pod górę, z innymi. Wszyscy ubrani w kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe, co wygląda na gromadę kolorowych krasnoludków. Idziemy Doliną Białki, z boku cały czas szumi potok. Co jakiś czas wyprzedza nas 'tramwaj' konny wypchany po brzegi krasnoludkami... Po godzinie docieramy do Wodogrzmotów Mickiewicza, wielkiego wodospadu, którego huk słychać już z daleka. Wodospad składa się z wielu mniejszych kaskad, pośrodku których jest most. Przechodzimy mostem, w dole kotłuje się woda, spadająca na większe i mniejsze głazy, ale całości wodospadu nie da się ująć w obiektywie aparatu, więc musimy zadowolić się fragmentami. Z tablicy informacyjnej przeczytałam, że z kamiennego mostu widać tylko jedną z trzech kaskad - Wodogrzmot Pośredni, pozostałe są widoczne z innych szlaków. Chociaż już ten fragment robi wrażenie, a co dopiero całość.. ale szum wody jest faktycznie głośny!

Droga do Morskiego Oka - Wodogrzmoty Mickiewicza
to tylko mały fragment wodospadu, całości nie dało się ująć w obiektywie

Swoją drogą, to ludzie mają fantazję, zaczęłam się już wcześniej zastanawiać, dlaczego nazwa jest związana z Mickiewiczem, który tu zdaje się, nawet nigdy nie był.. ale widocznie wśród ludzi nadających nazwę był ogromny wielbiciel wieszcza, bo nazwa upamiętnia sprowadzenie prochów wieszcza na Wawel, w 1891 roku. Dziwne połączenie faktów, ale nazwisko pozostało w nazwie wodospadu do dzisiaj.

Za Wodogrzmotami Mickiewicza idziemy jeszcze kawałek i przy informacji turystycznej robimy przerwę na snikersa, który mając w sobie słodycz, czekoladę i orzechy wspaniale doładowuje energetycznie dodatkowo poprawiając humory :) Z tego miejsca rozciągał się zadziwiający widok: w dole, w dolinie było pełno połamanych drzew, leżały dosłownie jak zapałki.. czyżby lawina? Wyglądało na jakiś kataklizm.

W drodze do Morskiego Oka
widok z góry na trasę w kierunku Schroniska w Roztoce,
potem szliśmy dołem, środkiem tych połamańców

Idziemy dalej, a ponieważ mamy dużo energii postanawiamy zejść do Schroniska PTTK w Roztoce. Okazuje się, że droga prowadzi wzdłuż tych połamanych drzew, jest nieco przerażająco, bo cały czas pada deszcz, jest mokro i ślisko, wszędzie wystają drewniane kikuty oraz ogromne korzenie drzew, powyrywane i powalone na bok.

Droga do Schroniska w Roztoce

Ścieżka na szczęście jest oczyszczona i można przejść, jest cicho, szumi tylko woda w potoku z oddali, kapie deszcz, po bokach futurystyczny krajobraz, a w runie czarne jagody.. spróbowałam jednej, ale była kwaśna. Tak sobie pomyślałam, że gdyby pojawił się niedźwiadek, to nawet nie byłoby się gdzie schować... klapiąc mokrymi już butami dotarliśmy do schroniska, a tam tak ciepło i przytulnie! Na głowę nie pada, schabowego robią świetnego, dostaliśmy ogromną porcję, kwaśnica pyszna. Miło, ciepło i cicho. W kącie spał jakiś zmęczony drogą turysta opierając się o ogromny plecak, cicho rozmawiały starsze od nas, trzy panie popijające gorącą herbatę, z wynajmowanych pokoi zeszła dziewczyna i poprosiła o wrzątek, dwie dziewczyny obok zajadały się naleśnikami na słodko. Dobrze, że wśród gór, pośród kapryśnej pogody są takie ostoje spokoju, ciepła i bezpieczeństwa. Po dłuższym wypoczynku, najedzeni i ogrzani, przybijamy pieczątkę schroniska na pamiątkę i ruszamy przed siebie.

W Schronisku PTTK w Roztoce
ciepło, przytulnie i bezpiecznie

Wracamy połamanym lasem na główną drogę. Mieliśmy stąd ruszyć powozem konnym, ale żadnego nie ma do dyspozycji, więc idziemy pieszo dalej. W końcu, już zmęczeni, docieramy do miejsca, gdzie kończą swą jazdę końskie powozy, stąd już dla wszystkich pozostaje tylko piesza wędrówka. Po drodze zmienia się krajobraz, z wysokich drzew las zamienia się w niższe i rzadsze, pojawiają się kosodrzewiny. Nagle pojawia się Schronisko PTTK przy Morskim Oku, a tuż przed nim wyłania się... westchnęliśmy z zachwytu, bo Morskie Oko naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza po długiej wędrówce! Niesamowity widok! Nie wiadomo czym się sycić, czy piękną barwą wody granatowo-ciemnoszmaragdową czy otulającymi to "oczko" górami spowitymi mgłą i deszczem. Wizyta w tym schronisku nie była długa, wolałam być na zewnątrz, wpatrywać się we wszystko wokół i próbując ochronić przed deszczem obiektyw zrobić chociaż jedno normalniejsze zdjęcie.

 Schronisko PTTK przy Morskim Oku
już za chwilę, już za momencik, już trochę widać..
 
Morskie Oko


Wracamy, chociaż ja bym tu mogła pobyć cały dzień, ale jest już prawie godzina 18.. z zapałem podchodzimy do postoju pojazdów konnych, których tak dużo kręciło się przez cały dzień, a tu nic nie ma! Żadnego, chociażby jednego malutkiego. Poczekaliśmy ze 20 minut, ale nikt nie przyjechał, widocznie już o tej porze nie jeżdżą. Nie było nam za wesoło, mówiąc wprost, byliśmy nieco wkurzeni, bo teraz musieliśmy zmęczeni, mokrzy, w mokrych butach i spodniach maszerować w dół, przez jakieś 2 godziny. Na szczęście już nie padało. Jakoś zeszliśmy, rozmawiając na różne tematy, żeby było milej i czas szybciej zleciał. Obawiałam się, że jeśli już końmi nie wożą, to może i busów już nie ma do Zakopanego, ale na szczęście był. Uf. Wycieczka trwała cały dzień, a ja chciałabym tu jeszcze kiedyś wrócić, ale już przy słonecznej pogodzie. Widok Morskiego Oka jest wart wielu powrotów.

Zobacz naszą wędrówkę na SmartRunnerze.

środa, 3 sierpnia 2011

Notatki z Zakopanego część 2

Dzień 3, środa
Dzień po pierwszej wyprawie w góry i jakoś nieskoro od razu wyruszyć na następną. Z trzech powodów: po pierwsze - nadal pada, po drugie, nawet nie wiedziałam, że mam tyle mięśni.., a po trzecie - trzeba dosuszyć ubrania i buty.  A ja myślałam, że wzięcie ze sobą suszarki do włosów to fanaberia, a to jedna z najpotrzebniejszych rzeczy ;), zwłaszcza, gdy zamówione trzy tygodnie przed wyjazdem, drugie spodnie sportowe nie dotarły do mnie z powodów znanych chyba jedynie temu bucefałowi z allegro...

Ten mokry dzień postanowiliśmy spędzić na przekór: w wodzie, w Aquaparku w Zakopanem. Niestety na ten genialny pomysł wpadli chyba wszyscy turyści i wszystkie kolonie w okolicach, ale udało się i popływać, i pogrzać w saunach, i pozjeżdżać na zjeżdżalniach.. Uwielbiam aquaparki, chociaż sauny zdecydowanie bardziej cudowniejsze są w Druskiennikach, na Litwie. Będąc w temacie aquaparków, planujemy jeden dzień przeznaczyć na wyjazd do Tatralandii w Słowacji, gdzie jest całe miasteczko wodne, tyle, że pod gołym niebem, więc przydałaby się słoneczna pogoda.. Internetowa pogoda pokazuje, że może w piątek będzie słońce w Liptovskym Mikulasie.

Zakopane - Krupówki
tu jest wszystko...

Zakopane - Krupówki
tu jest wszystko, ale najwięcej jest ludzi :)

Po mokrych atrakcjach czas na wypełnienie brzucha. Na Krupówkach jest wszystko: poduszki, kapcie, oscypki, lody, sklepy sportowe i eleganckie, kina, symulatory, sauny... jest też dużo knajp do wyboru do koloru. My zawitaliśmy do Owczarni - knajpy z grającą kapelą góralską, długimi drewnianymi stołami i ławami, kelnerki i kelnerzy obsługują gości w tradycyjnych strojach ludowych, jest swojsko, wesoło i pysznie. Polecam wzmocnionego wiśniówką grzańca korzennego, języczki drobiowe, schab po góralsku z serem i opiekane ziemniaki. Bardzo pyszne!

Po spacerze, wieczorem wstąpiliśmy do cukierni Samanta i naprawdę, ich deser lodowo-bananowy z bitą śmietaną o nazwie Bananowy Song pobił wszystkie desery, które dotychczas jadłam! Jest niesamowity i polecam spróbować, jeśli tylko nadarzy się taka okazja!

Dzień 4, czwartek
Podczas rozmów około śniadaniowych ze współmieszkańcami, dowiedziałam się, że idą dzisiaj nad Morskie Oko. Ponieważ to największe jezioro w Tartach było również w naszych planach, postanowiliśmy, że dzisiaj tam właśnie wyruszymy. Tym bardziej, że właśnie zaczęło prześwitywać zza chmur słońce! Dowiedzieliśmy się przy okazji, że najłatwiej dostać się tam busem, który odjeżdża albo spod PKS albo spod Gubałówki. Tym razem zaopatrzyliśmy się w prowiant: kanapki i Snikersy i nie zapomnieliśmy go, wzięliśmy też lepsze płaszcze przeciwdeszczowe, w które, z racji pogody, wczoraj się zaopatrzyliśmy. Te, które wzięłam z domu, z cienkiej foli zwyczajnie się porwały po pierwszym dniu.. Mieliśmy też suche buty, więc hulaj dusza, idziemy w trasę.

Dotarliśmy pod Gubałówkę, kierowca busa, gdy zapytaliśmy o Morskie Oko kręcił głową mówiąc, że tam się dzisiaj nie da dojechać, bo pod sam koniec jest 4 kilometrowy korek i wszyscy stoją.. ale właśnie zaraz odjeżdża busik do Doliny Kościeliskiej i dalej do Chochołowskiej, więc jak mamy ochotę.. Już wspominałam, że od nastu lat czekałam na dokończenie wyprawy Doliną Kościeliską, więc to przecież oczywiste, że już za moment jechaliśmy w zupełnie drugą stronę, niż na początku zamierzaliśmy. Dojazd do Kościeliskiej nie trwał długo, to zaledwie 9km, wejście na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego i idziemy! Co prawda trochę zaczął siąpić deszcz, ale nie na tyle, żeby się przebierać nieprzemakalnie, z cukru przecież nie jesteśmy. Przez całą trasę towarzyszy nam szum Kościeliskiego Potoku, który malowniczo wije się to z prawej, to z lewej strony. Początek trasy jest dość monotonny, idzie się po prostu ubitą drogą, ale im dalej, tym widoki są coraz piękniejsze.

Dolina Kościeliska - Kościeliski Potok

Dolina Kościeliska - podejście do Jaskini Mroźnej

Po około 35 minutach drogi schodzimy z głównej trasy w bok, obejrzeć jedną z wielu jaskiń doliny. Jaskinia Mroźna jest jedyną oświetloną, pozostałe udostępnione turystom, zwiedza się z własnymi latarkami, których nie mieliśmy. Jaskinia jest długa na 571m i wewnątrz temperatura trzyma się na stałym poziomie 6 stopni w skali Celsjusza. Aby tam wejść należy do niej dojść, pod górę dość stromym podejściem, ale jakoś niezbyt męczącym, zwłaszcza po tej zaprawie, którą mieliśmy pierwszego dnia. W jaskini idzie się czasem jakby skosem, czasem w kucki, gdy strop jest nisko. Da się przejść, naprawdę nie jest to ciężkie i kolana są suche :) Żywych stworzeń w jaskini nie widziałam, oprócz turystów oczywiście, natomiast w jaskiniach zawsze czuję się nieco dziwnie, wiedząc, że wokół wszystko jest z kamienia i tony kamieni nad głową.. W Jaskini Mroźnej po skałach powolutku sączy się woda, gdzieniegdzie widać małe stalaktyty i stalagmity, ale raczej bardzo skromnie, jest też malutkie jeziorko.. tu nie da się zabłądzić, jest jedna droga prowadząca do wyjścia, wzdłuż której ciągną się kable z oświetleniem. Wychodzi się inną drogą, skąd jest śliczny widok w dół, obok strome skały i zejście po schodkach. Na dole kontynuujemy wędrówkę wzdłuż szumiącego potoku.

Dolina Kościeliska - Jaskinia Mroźna

 Dolina Kościeliska - Jaskinia Mroźna - skośna ściana

Dolina Kościeliska - zejście z Jaskini Mroźnej

Każda trasa w Tatrach jest dobrze przygotowana, szlaki są oznaczone odpowiednimi kolorami, które wcale nie oznaczają stopnia trudności, podział jest bardziej na trasę główną (szlak czerwony), trasę łączącą dwa inne szlaki lub krótki szlak dojściowy (szlak czarny), szlak niebieski to szlak dla długodystansowców, szlaki oznaczone kolorem zielonym i żółtym to szlaki krótkie, łączące lub dojściowe do jakiegoś ładnego miejsca. Szlaków nie oznacza się kilometrami, a czasami dojścia. W naszym przypadku czas dojścia był dłuższy, bo często stawaliśmy, bawiąc się w fotoreporterów, pogoda również nie pomagała..
Co jakiś czas, zazwyczaj przy przecięciu się szlaków, stoją na trasie toi-toie, czasem chałupy-bary z gorącą herbatą, grzańcem, szarlotką, ew. czymś bardziej pożywnym i gorącym. Ja na szlakach najbardziej lubię zaglądać do schronisk, gdzie czlowiek czuje się od razu jak w domu, jest ciepło, można odpocząć, wypić coś gorącego lub zjeść. W każdym schronisku jest pieczątka, którą można sobie odbić na np. przewodniku na pamiątkę. oczywiście zdobycie pieczątki to obowiązkowy punkt pobytu w schronisku!

Słonce dawno przestało się już pokazywać, widoczność niezbyt dobra, ale skały było widać i te bliższe i nieco dalsze. Docieramy do jednej z polan, Polany Pisanej, gdzie są ławeczki do odpoczynku, punkt czerpania wody pitnej oraz piękne widoki. Wokół pasma gór, przed górami łąki pełne kwiatów. Prześlicznie! Po krótkim odpoczynku i zachwytami, idziemy dalej, a dalej jest jeszcze piękniej!

Dolina Kościeliska - Polana Pisana

Dolina Kościeliska - wąwóz


Zachwyciły mnie zwłaszcza wysokie, prawie pionowe skały tuż nad potokiem. Oddalone niedaleko siebie skały tworzą malowniczy wąwóz, którego dnem płynie potok, a my maszerujemy rozglądając się wokół. Spod skał zauważyłam wypływającą wodę, na którą można długo patrzeć stojąc na kamiennym mostku. Ten wąwóz, to jest z piękniejszych miejsc Doliny Kościeliskiej. Idąc dalej docieramy do schroniska PTTK na Hali Ornak, otoczonego górami. Odpoczywamy, ładujemy się energetycznie kanapkami, przybijamy pieczątkę schroniska i ruszamy w drogę powrotną, która jest równie ciekawa, ponieważ oglądamy wszystko z drugiej strony trasy i często widać szczegóły, których nie widziało się idąc w tę stronę. W drodze powrotnej towarzyszy nam deszcz i mamy już przemoknięte buty i spodnie...

sobota, 30 lipca 2011

Notatki z Zakopanego część 1

Dzień 1, poniedziałek
Prawie dziesięć godzin jazdy do Zakopanego pociągiem i w końcu znajdujemy się tam, gdzie się kończą tory. Dla mnie niesamowite, tak samo mnie to zadziwiło jakieś piętnaście lat temu, gdy tu przybyłam zimą na swoją pierwszą przygodę z górami. Ale teraz jest lato i .. pada deszcz! Rozlokowaliśmy się w kwaterze i głodni wyruszyliśmy na poszukiwanie ciepłej strawy. Do "OdSkoczni", którą poleciła nam Wynajmująca pokoje: "smacznie i niedrogo", nie było daleko, na pierwszy ogień poszły 'scypki grillowane z żurawiną' (mmmm...), potem gorąca 'kwaśnica z żeberkiem' (MMMM...) i coś bardziej znanego naszym brzuchom: pizza serowa - mocno przyprawiona i podejrzewam, że z oscypkiem :) Pierwsze kroki skierowaliśmy do Centrum Informacji Turystycznej, gdzie zakupiliśmy niedużą, laminowaną, wodoodporną mapkę Zakopanego, która z drugiej strony ma mapkę z trasami. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Dolina Kościeliska, którą koniecznie chciałam zobaczyć (oczarowała mnie te naście lat temu, ale nie przeszłam jej wtedy do końca, bo nie zdążylibyśmy na pociąg powrotny) podczas deszczu jest bardzo błotnista i pani jej nie poleca, natomiast w deszczowe dni można spokojnie pochodzić w niższych partiach gór, w dolinkach, np. Dolinie Białego. Trzeba to koniecznie wieczorem obadać na nowej mapce :)
Dzień pierwszy zakończył się przemarszem przez Krupówki, najbardziej znaną ulicą-deptakiem Zakopanego, gdzie ponoć można obejrzeć najwspanialszą modę sportową na żywo.. chociaż ja z niewielkim przerażeniem spoglądałam na ubłocone buty i spodnie ludzi, którzy powracali z pieszych, deszczowych wypraw z Tatr..

Krupówki 
 z charakterystycznymi krzywymi, zakręconymi i bardzo urokliwymi lampami,
w tle piękny budynek w stylu góralskim zamieniony na strefę usługowo-sklepową

Dzień 2, wtorek
Wczoraj wieczorem zapowiadacz pogody przepowiedział deszcz po południu oraz bardzo trudne warunki w Tatrach Wysokich. Pamiętając wczorajszą rozmowę i będąc zachęcaną przez Wynajmującą do przejścia którejś z dolinek znalazłam w malutkim przewodniku jedną z tras: Dolina Białego - Sarnia Skała - Dolina Strążyńska, opis tejże brzmiał:

"Łatwa, 7,5 kilometrowa trasa, w którą można się wybrać z dziećmi. Przejście powinno zająć do 3 godzin. Polecana dla tych, którzy przyjechali w góry na krótko lub chcą się rozgrzać przed trudniejszymi wyprawami. Ze szczytu Sarniej Skały rozciąga się piękny widok na Giewont, Zakopane i Podhale, a także Tatry Wysokie. W drodze powrotnej warto zejść do Doliny Strążyńskiej i obejrzeć wodospad Siklawica."

Uwielbiam wodospady! Idziemy! Tym bardziej, że z opisu wynika, że pomykają nią dzieci z mamami i tatusiami i jeśli one dadzą radę przejść, to taki 'krzesełkowiec pracowy' jak ja, lubiący jazdę rowerem i jogę, też da radę! Od Wynajmującej dowiedziałam się, że "wejście na Sarnią jest dość strome i trasa jest miejscami dość stroma", no.. ale przecież te matki z dziećmi... Damy radę!

Akurat...

Wybyliśmy około godziny 11 rano po solidnym śniadaniu i wg wskazówek skierowaliśmy się w kierunku Małej Krokwi i Dużej Krokwi (skocznie), obok których po prawej, jest mało widoczne wejście na Drogę pod Reglami prowadzącą do Doliny Strążyskiej, którą mieliśmy zacząć wędrówkę. Po drodze zajrzeliśmy do chaty, w której wędzono oscypki i dymiło z niej mocno i dość aromatycznie jakimś pachnącym drewnem i tak w radosnych nastrojach doszliśmy w końcu do Doliny Strążyskiej. Już nieco zmachani.. Samo dojście do końca doliny, do Polany Strążyskiej faktycznie nie było jakieś trudne, chociaż było cały czas pod górkę, to wokół szumiała rzeczka, strumyki i wiele pomniejszych małych wodospadzików, cudnie! I cały czas wśród gęstego lasu.

Dolina Strążyska - Potok Strążyski  
wił się cały czas wzdłuż drogi i szumiał...

Dolina Strążyska
 jeden z licznych, niedużych wodospadów
napotykanych wzdłuż trasy

Na polanie, po krótkim wypoczynku, gorącej herbacie i pysznej szarlotce wyruszyliśmy obejrzeć wodospad Siklawica, do którego prowadziły kamieniste, śliskie schody, obok których wśród rozbujałej zieleni płynęła szumiąca woda.. Wodospad wygląda na podwójny, górą spływa woda na skałę, z której niezbyt szerokim pasmem leci w dół wzdłuż pionowej skały i płynie dalej wśród różnej wielkości głazów. Można podejść pod sam wodospad, z czego korzystają chyba wszyscy, którzy tu dotarli i czasem robi się dość tłoczno.. ale jak to być tu i nie zrobić zdjęcia?
Wodospad Siklawica

Potem... a potem było już tylko "pod górkę".. Przejście do Doliny Białego Potoku jest strome (dla mnie dość mocno strome) cały czas idzie się po głazach, w górę i w górę.. Na dodatek zaczął siąpić deszcz, więc zrobiło się ślisko i lekko błotnisto. Ale co tam, damy radę!? Idziemy więc w górę, wspinamy się, deszcz siąpi.. Po podejściu pod Sarnią Skałę stwierdziłam, że skoro już tu jesteśmy, to wejdźmy na nią, mimo, że jest jeszcze bardziej stromo i zobaczmy te cudne widoki! Akurat! Z widoków w taką pogodę widać było głównie mgły otulające pobliskie góry oraz w dole, już trochę lepiej Zakopane. Zejść się dało, chociaż podczas deszczu wiele osób chwytało się wszelakich korzeni i wystających skał, żeby nie 'zejść' zbyt szybko razem z poślizgiem..

Pod górkę i pod górkę...
w drodze z Doliny Strążyskiej do Doliny Białego Potoku przed Sarnią Skałą

Widok z Sarniej Skały
mgły wszędzie i nic nie widać

Widok z Sarniej Skały
pada deszcz, w dole ledwo widać Zakopane
A co potem? Powrót na szlak łączący obie doliny, tylko, że jak się na górę weszło, to jakoś trzeba też zejść.. naprawdę polecam na górskie wędrówki kupić dobre buty z 'traktorami' na podeszwie, najlepiej nieprzemakalne ;). Przydaje się też płaszcz z grubszej folii z kapturem na deszczową pogodę. Schodziliśmy i schodziliśmy stromą ścieżką skalną, przystając co jakiś czas dla złapania oddechu.. na trasie jakaś grupa rozmawiała głośno zgadzając się, że ta trasa jest trudniejsza, niż wejście na Giewont.. Hymm... skąd ja to wzięłam, że przejście między dolinami też dla dzieci?? Zdaje się, że sobie za dużo dopowiedziałam.

Dolina Białego Potoku tonęła w deszczu.. staraliśmy się dojść szybko do celu i trochę szkoda, że trafiliśmy na taką pogodę.. bo dolina jest piękna.. dno strumyka, szumiącego wzdłuż całej trasy, ma białą barwę, skąd nazwa doliny i potoku, na dodatek wzdłuż tworzy się wiele malutkich wodospadów, pewnie bardzo malowniczych, gdy nie pada. Do celu gnała nas nie tylko mokra pogoda, ale również głód, bo kanapki na drogę zostały niestety na stole w pokoju.

Zmęczeni, głodni i obolali po 17 kilometrowej wędrówce wróciliśmy do wynajmowanej kwatery. Można śmiało powiedzieć, że trasę POKONALIŚMY. Udało się, chociaż jak na pierwsze wyjście w góry to trochę jednak za dużo, zwłaszcza w deszczową pogodę.
Najśmieszniejsze jednak i jednocześnie dla mnie bardzo wkurzające jest to, że bardzo chciałam zobaczyć Giewont kształtem przypominający śpiącego rycerza, który widać i z Polany Strążyskiej i z Sarniej Skały.. ale ja go nie widziałam :( albo widziałam, ale nie byłam tego świadoma, ponieważ wszystko otulały mgły...

piątek, 22 lipca 2011

Zakładki frywolitkowe

Już dawno chciałam zrobić zakładkę z koronki frywolitkowej, a ponieważ bardzo spodobała mi się zakładka przedstawiona na blogu Jon Yusoff, postanowiłam zrobić podobną według jej projektu. Zakładka będzie u mnie często używana, na zmianę z metalowymi zakładkami koralikowymi. Już teraz muszę przyznać, że jest bardzo wygodna, ponieważ zwężenie i podzielenie jej na dwie części pomaga w wygodny sposób na oznaczenie czytanej strony oraz na niezgubienie jej podczas czytania.

Taką zakładkę robi się dwoma czółenkami. Zielona cieniowana powstała z Aidy Coats Multicolor, kolor: 1135, grubość: 10, natomiast niezapominajkowa z Aidy Coats w kolorze 129 i grubości: 5. Zielona ma mały błąd, mało widoczny, ale jest :) więc została u mnie, natomiast niezapominajkowa poleciała do przemiłej dziewczyny mającej wiele wspaniałych pomysłów. Oby miała ich więcej!





sobota, 16 lipca 2011

Z Blondynką przez wrażenia

Lubię książki podróżnicze, ponieważ ciekawią mnie inne kultury, jak mieszkają, żyją i jakie mają zwyczaje ludzie w innych rejonach świata. Zjeździć całości na pewno nie zdołam, chociaż może kiedyś uda mi się jakąś ociupinkę naocznie poznać z tego, co bym chciała.. Czytałam różne książki o wyprawach i ciekawe jest to, że każdy autor-podróżnik opisuje inaczej, na co innego zwraca uwagę i czytając o jednym pod różnymi kątami, można się dowiedzieć wielu interesujących rzeczy. Kobiety opisują inaczej niż mężczyźni. Patrzą na świat innymi oczami i na co innego zwracają też uwagę.


Beata Pawlikowska opisuje swoje podróże wrażeniami, uczuciami, kolorami, czasem zapachami. Pierwszy raz spotkałam się z takimi opisami podróży właśnie u niej. Tam, gdzie jest spokój i sielanka - jest poetycko i relaksująco, natomiast w chwilach trudniejszych autorka wchodzi często z właściwym sobie moralizatorstwem. Tak sobie myślę, że jest to jej sposób na opowiedzenie o rzeczach i sytuacjach, na które warto zwrócić uwagę i się nad nimi zastanowić. Nie wiem, jak to jest u Was, ale ja często podczas wyjazdów, zupełnie jak Beata Pawlikowska, mam właśnie czas na ułożenie własnych priorytetów, na zmianę cywilizacyjnego, szybkiego i stresującego życia na spokojniejsze, pełniejsze w odczuwaniu, na umiejscowienie tej małej siebie w całym Wszechświecie.

O "Dziennikach z podróży. Blondynka w..." już pisałam (cztery pierwsze tomiki i dwa kolejne). Wiosną tego roku pojawiły się cztery następne dzienniki, które dopiero teraz udało mi się przeczytać. Tym razem odwiedziłam czytelniczo Indie i Sri Lankę oraz Peru i Meksyk.

W "Blondynce na Sri Lance" znajdujemy się na wyspie Cejlon, w kraju Sri Lanca, nazywanym Perłą Oceanu Indyjskiego. Wyspa w dzisiejszych czasach znana jest głównie z upraw herbaty, natomiast kiedyś był tu uprawiany cynamon, potem zaś kawa. Gorączkę kawy i fantastyczne plony położyła choroba i do jej uprawy nie powrócono, natomiast posadzono herbatę. Okazuje się, że zbiory herbaty nie są takie proste, herbata się przed tym broni. Napar herbaciany pity na Cejlonie różni się znacznie od naszego picia herbaty, o czym autorka się dowiedziała dość drastycznie :) Dowiedziała się też o tym, w jaki sposób Budda poznał Prawdę Absolutną, była w kolorowej Świątyni Zęba, zasmucił ją los słoni... Poznajcie sposób podróżowania Blondynki, gdzie priorytetem nie jest zwiedzanie pięciogwiazdkowych hoteli, ciekawiej jest zaprzyjaźnić się ze sprzedawcą misek z kokosa lub spróbować w lokalnym barze piekielnej papryczki.

"Blondynka w Indiach". Indie, ciekawy kraj pełen kontrastów: wielka bieda i wielkie bogactwo. Autorka opisuje, jak nie dać się oszukać taksówkarzowi i jak miejscowi przechodzą przez "dziką górską rzekę w dżungli miasta". Opisuje wrażenia podziwiania Taj Mahal, jednego z cudów świata oraz to, czym się zainteresowała grupka turystów oglądająca ten przepiękny, misternie wykonany budynek. Ciekawostką dla mnie jest to, że kobiety w Indiach ubierają się kolorowo, pięknie, jak tropikalne motyle. Owijają się w sari, czyli w sześć metrów bajecznie i intensywnie kolorowej tkaniny, w odróżnieniu od mężczyzn, którzy przy nich wyglądają jak "niepozorne chrząszcze" ubrani w szare lub bure spodnie, białą koszulę i, jak jest zimniej, w burą wełnianą kamizelkę. Kolejny z kontrastów! Kontrastowe jest również zestawienie Czerwonego Fortu w New Delhi, zbudowanego przez Szahdżahana: marmury, sale pałacowe, bogato zdobione komnaty, ogrody i fontanny - oraz Świątynia Szczurów z dziesięcioma tysiącami biegających stworzeń!

"Blondynka w Peru" przekazuje nam, dlaczego po przylocie do Peru warto żuć liście koki i wypić herbatę z tych liści oraz jak się mają liście koki do kokainy i coca coli :) Zdziwiło mnie natomiast to, że Beata Pawlikowska niemal płakała nad losem herbaty w Sri Lance, natomiast tutaj w Peru z ochotą zjadła to.. co zjadła. Nie będę zdradzać, ale miało to oczy.. Państwo Inków było piękne, złoto i szlachetne kamienie kapały zewsząd, reguły życia miały jasno określone zasady oraz równie jasno określone były kary. Okrutne kary.
Dziergające zainteresuje natomiast fakt, że szczytem marzeń włóczkowych nie powinna być wełna merinosów, z lamy czy alpaki, ale wełna z wigonia, który nie pozwolił się ludziom udomowić. Wełna wigonia jest najdelikatniejszą wełną świata, pięć razy cieńszą od moheru, niezwykle ciepłą ... i niezwykle drogą!

"Blondynka w Meksyku" odkrywa dla nas meksykańskie metro, czwarte pod względem wielkości po Nowym Jorku, Moskwie i Tokio, oraz dowiaduje się, dlaczego w wagonie są same kobiety. W Meksyku obowiązkowym zestawem śniadaniowym jest tortilla, czyli placek z mąki kukurydzianej z dowolnie wybranym nadzieniem, salsą i pastą z czarnej fasoli. Poznajemy też historię .. zadziwiającą kulturę Azteków, która raczej nie nastawiła mnie do nich pozytywnie. Ich pojmowanie przysłużenia się bogom do mnie absolutnie nie dociera. Rytualne składanie ofiar z ludzi, coś koszmarnego! Oprócz tego można im było tylko pozazdrościć: ogromne i bogate miasta, mieli własne kalendarze, kapłani posługiwali się astronomią. Aztekowie dbali o czystość i piękno, akweny, ogrody... autorka przytacza wiele niezwykle interesujących przykładów tej kultury podając różne fragmenty tłumaczeń. Niezwykła jest też jej chęć poznania kolejnej z papryk, tym razem nazwanej zabójczą oraz tradycyjnie robionej czekolady azteckiej, w pastylkach!

"Dzienniki z podróży" Beaty Pawlikowskiej nie są długie, czyta się je bardzo szybko, ale treści zawierają w sobie formę nieco skondensowaną. Jest tu wiele ciekawostek, historyjek, legend i faktów, zawsze też, obok czegoś dla duszy jest też coś dla żołądka. Polecam!

środa, 6 lipca 2011

Sutaszowanie i rezultaty

Długo powstawały te sutaszowe kolczyki, które chcę dzisiaj pokazać, bo aż półtora miesiąca. Zostały zaczęte na spotkaniu z Madziulą w maju, gdy obie wykroiłyśmy dla siebie nieco czasu, żeby wspólnie posutaszować, relaksując się przy okazji. Produkowałyśmy się twórczo i gadatliwie, fantastycznie spędzając czas nad sznurkami i koralikami:

 [zdj. z bloga Madziuli]

Rezultatem był początek wisiora sutaszowego Madziuli w najmodniejszych tej wiosny i lata kolorach oraz fragment moich kolczyków, w moich kolorach :) Wykorzystałam pomysł na fale, które już robiłam w wisiorze Zafalowanym i koniecznie chciałam połączyć więcej fioletu z odrobiną turkusu.

 [zdj. z bloga Madziuli]

Moje kolczyki musiały jednak nabrać mocy urzędowej, ja musiałam wrócić z niedoczasu, więc od początku do końca pracy minęło wiele dni, czym się zdziwiłam, bo po pierwsze nigdy tak długo nie robiłam żadnych kolczyków, a po drugie... nawet nie wiem, kiedy ten czas zleciał!

Na wszystko jednak przyjdzie czas, więc niedawno udało mi się dokończyć swoją pracę, a rezultat prezentuję poniżej.

Miraż
sznurki sutasz, jadeit barwiony, fasetowany, ametysty, drobne koraliki Miyuki, srebro